niedziela, 29 grudnia 2013

Tydzień 37.

1. Czuję się jakbym miała pęknąć i marudzę jeszcze bardziej niż zawsze. Jeśli nie na głos to w mojej głowie, co budzi przy okazji ciepłe uczucia do ludzi którzy muszą ze mną wytrzymywać. Za to, że to robią.
2. Ponieważ tydzień temu lekarka wysyłając mnie na porodówkę powiedziała, że mała jest już dojrzała i nic jej się nie stanie jeśli się urodzi, zaczęłam poważnie się zastanawiać nad zaprzestaniem jakiekolwiek oszczędzania mojego ciała, aby być może subtelnie sprowokować ją do szybszego przywitania nas.(Skończyło się na jednym spacerze - musiałam sprostować, inaczej już oczami wyobraźni widziałam komentarz - i slyszałam - KP na temat tego jakie głupoty tu piszę;p)
3. Z niepokojem chodzi mi po głowie myśl ile ten bobas może jeszcze przytyć.
4. Zaczęłam odczuwać dość ostre bóle podbrzusza, z niepokojem więc sprawdziłam w internecie co to oznacza, czy mam powód do zmartwień czy nie. Efekt? Wszędzie piszą, że moje objawy(bo jak się okazało są też inne)to nic innego jak ciało przygotowujące się do rychłego porodu. Tylko, że ten poród to jest chyba taki rychły jak rzucenie przez B. palenia.
5. Puchnę jeszcze bardziej. Moje stopy wyglądają jakbym miała ze trzy pary grubych wełnianych skarpet, a kostki pewnie myślą, że nikt nawet nie zauważy jak znikną. I mają rację.
6. Na szczęście, jeszcze udaje mi się zdjąć i włożyć spowrotem obrączkę, chociaż nie powiem, że kryzys był (za to pierścionek zaręczynowy już jakiś czas temu wyprowadził się od mojej lewej dłoni).
7. Nerwowe oczekiwanie bardzo mi się udzielalo. Kilka dni przed Wigilią byłam ślepo pewna, że święta spędzę na porodówce, niestety, J. miała inne plany. Do końca grudnia jeszcze chwila, poważnie, nie wiem co się tak uparłam na 2013rok, ale chyba muszę się przyzwyczaić, że bardziej ode mnie kracze moja mama. (jak Mała się urodzi 6 stycznia, to się chyba zastrzelę)
8. Znowu mam jakieś dziwne problemy z wodą. Niby wypijam te minimum dwa litry dziennie, ale rzadko kiedy jest ich więcej. Nawet aplikacja w telefonie przypominająca nie bardzo pomaga.
9. Zaczęłam znowu myśleć o przeorganizowaniu komody dla małej, jak również uprałam i uprasowałam pościel, a także baldachim łóżeczkowy.
10. Wróciła też moja chęć do czytania od nowa wszystkich dzieciowych poradników i gazet jakie posiadam, a także zrobiłam kolejną listę rzeczy do zrobienia:)

sobota, 28 grudnia 2013

Dobrymi chęciami piekło wydrapane(kocimi pazurami).

Nawet mój kot przeciw mnie. Podstępnie.

Znajcie moją dobroć, kupiłam futrzakowi chrupki. Nie byle jakie, bo marki Josera, znając jego żołądek kupiłam małą paczkę (nie napiszę, ile ta mała kosztuje, na wypadek gdyby mój mąż jeszcze czasem na bloga zaglądał, a przecież: "Kot ma jeść najtańsze żarcie", jak to ostatnio ujął dla podkreślenia swojego wątpliwego despotyzmu i władzy w związku). Myślę sobie przecież, że bydlę w Polsce to jadało, ale nigdy nic nie wiadomo, kiedyś lubiło też Whiskasa, a teraz patrzy pogardliwie to na saszetkę to na mnie, jakby chciało powiedzieć, że chyba pomyliłam miski(jego ze swoją, oczywiście).
No, ale do rzeczy.
Okazuje się, że po wpierdzielaniu karmy In-Home, mój pupilek tak rozsmakował się w tej nowej, że, doceniając moją kuchnię niczym ukochany synek mamusi, prosi o dokładki. Ciągle.
O wydawanych dźwiękach sugerujących "subtelne" domaganie się jedzenia, już wcześniej pisałam, toteż dodać mogę, że jak do tej pory wstawałam góra trzy razy w nocy (Raz kiedy B. jechał do pracy, ewentualny raz w międzyczasie i nad ranem), tak teraz potrafię zostać obudzona co godzinę.


I masz babo placek, bo z jednej strony powinnam być ucieszona, że trafiłam w końcu w gusta(i to jak!), wymagającego, kociego podniebienia, a z drugiej strony, to przepraszam bardzo, ale czy już jestem nie dość przeszkolona do nocnego wstawania na przyszłość? Chciałam dobrze, a wyszło jak zwykle, teraz z miłości do Wysokości Kociałkowatości, piekło przechodzę.

Chyba czas wrócić do starego sposobu w takich okolicznościach, czyli wywalania gada z pokoju. 

piątek, 27 grudnia 2013

Zabawa w chowanego.

Ostatnimi czasy w moim życiu weny brak, to też notki takie dość lakonicznie pisane jakbym stała z boku, patrzyła na siebie i robiła notatki do pracy licencjackiej na temat zagubionych dusz i chorób mózgu, próbując zmieścić jak najwięcej informacji w jak najkrótszym czasie i zdaniu.
Nawet te "dzieciowe" posty ukazują mało mnie ostatnio. Wszystko przez to, że ostatnio mało mnie jest gdziekolwiek. Biorąc pod uwagę fakt iż owe "ostatnio" trwa kilka miesięcy, kiedy przyszło co do czego, spostrzegłam jak wiele wokół się zmieniło.

Jak wiele można powiedzieć, jak wiele można usłyszeć. Starać się robić wtedy dobrą minę do złej gry, udawać, że nie zabolało i ukrywać łzy, nieudolnie. Znowu trwać z pustką w żołądku i gdzieś w klatce, z myślą, żeby tylko przetrwać, najpierw do południa potem do wieczora. Bo może coś się zmieni, może kilka zdań zostanie odwołanych, albo pojawią się nowe, kompletnie zmieniające postać rzeczy, dające powód do uśmiechu i nadzieję na słońce. Może znowu będę najważniejsza, jedyna, ja i teraźniejszość, zamiast przeszłość zaprzątająca głowy. Może jutro.
Znowu ciężko słuchać muzyki, a jednocześnie słysząc, nie jest w stanie skupić myśli na niczym innym jak na emocjach buchających niczym stado motyli. Tylko, że to ćmy, żadne kolorowe.
I nie bardzo wiadomo co zrobić, jak się zachować, jakie wyjście z sytuacji jest dobre, kiedy bardzo by się chciało zostać, a jednocześnie rozsądek przypomina, że bezpieczniej rzucić wszystko w cholerę niż próbować.
To dość niesamowite, jak długo może trwać otępienie, niezdawanie sobie sprawy i jednocześnie ten sam odcinek czasu można określić bardzo "szybkim" w stosunku do rzeczy jakie mogą ulec zmianie. Uczucia, myśli, wygląd, emocje, czy mimika.

W końcu człowiek patrzy przed siebie, chciałby się przedstawić, bo tak wypada, że jak się stoi z kimś sam na sam, na przeciw, to głupio się nie odezwać, więc wyciąga rękę i czuje zaskoczenie, niekoniecznie miłe, kiedy sobie uświadamia, że walnął dłonią w lustro.
Nie lubię się bawić ze sobą w chowanego, bo potem ciężko się znaleźć.
Tyle z mojego marudzenia i chandry, nikt nie jest ze stali, czasami trzeba poczuć smutek, żeby znowu docenić radość.
Więc, bez względu na przyszłość, muszę siebie znaleźć.

wtorek, 24 grudnia 2013

Wigilia!

Dużo szczęścia i spokoju życzę Wam wszystkim w te niezapomniane święta, żeby nie zabrakło rodzinnej atmosfery i uśmiechu na twarzach bliskich :)


niedziela, 22 grudnia 2013

Tydzień 36.

1. W tym tygodniu dopadła mnie depresja i panika przed porodem, czy sobie poradzę, ile to wszystko będzie trwało, przez co często lądowałam, szlochając, w ramionach B. A na dodatek wyrzuty sumienia, że dołuję wszystkich swoim dołowaniem.
2. Torba szpitalna została oficjalnie spakowana i zajmuje zaszczytne miejsce w szafie czekając, aż będzie potrzebna. Ewentualne braki, zostaną po prostu w miarę zakupu do niej dodane, ale wydaje mi się, że na dzień dzisiejszy nie zginę z nią:).
3. I akurat się przydała, bo mieliśmy w tym tygodniu małe emergency na porodówce, na szczęście okazało się że to tylko nerwy i z małą wszystko jest w porządku:) Chociaż myśl, że mogłaby być już z nami jest mocno kusząca:)
4. Ale za to dowiedzieliśmy się, że szyjka się skraca, a główka niziutko, czyli być może J. pcha już się do nas i tak czy siak zobaczymy ją szybciej:)
5. Przez ostatnie dwa tygodnie przytyła nie byle ile, bo aż 400gram, co oznacza że samego dziecka dźwigam już 2,9 kilo:)
6. O dziwo, ja przytyłam tylko kilogram i to niecały, więc wygląda na to, że zmiany w jadłospisie sporo pomogły(tylko jeszcze te słodycze tak do zera rzucić!)
7. Ponieważ przykazane mam oszczędzanie się, zostałam zwolniona z większości prac domowych, co w sumie jest miłe, ale muszę przyznać, że czuję się też dość nieswojo i nie na miejscu.
8.Kolejna koleżanka urodziła, termin miał być podobny do mojego. Cieszę się,  cieszę, ale... Dlaczego wy już macie, a ja jeszcze nie?!
9. Miałam też się nie denerwować i w ogóle, ale jak można się po mnie spodziewać, jestem jeszcze bardziej pokraczna niż byłam a do tego okropnie niecierpliwa. Wydaje więc "mamucie" odgłosy  za każdym razem jak coś mi nie idzie, czyli ostatnio bardzo często.
10. Żelazo dalej kiepskie. Nawet gorsze niż było, mimo jedzenia więcej rzeczy, które takowe posiadają. Ale podobno J. na końcówce sporo wyciąga. Końcówka to jednak pojęcie względne:)

sobota, 21 grudnia 2013

Inspiracje - Ściany


Wspominałam kiedyś, że ulżyło mi odkąd pojawił się w mojej głowie pomysł na pokój dziecinno dzienny, jednak teraz nasza sypialnia to prawdziwe utrapienie. Co  prawda mamy dwa główne kolory, ale pomijając meble i piec, jest po prostu pusto. Ściany wieją nudą, a odcienie współgrają tak bardzo, że wręcz należy im się kolor przełamujący, czy jakiś akcent nadający charakter. Dziś jednak chciałam się skupić na pierwszym z problemów, który najbardziej rzuca się w oczy, a tutaj jest kilka pomysłów:


źródło: Pinterest


Nie mogę się zdecydować czy postawić na kilka ramek czy jedną taką dużą jak ta poniżej. A może po prostu, jakaś ozdoba zamiast zdjęć?



źródło: Zszywka

A tutaj trochę teorii o urządzaniu galerii. Polecam stronę InteriorsPL, gdzie autorka, Wiola, udziela świetnych porad na temat aranżacji wnętrz. Musze przyznać, że jej teksty bardzo mi pomogły :)


źródło: Pinterest

czwartek, 19 grudnia 2013

Święta tuż, prezenty już?


Właśnie skończyłam pakować ostatni prezent, dla mojego B. Jeśli chodzi o zakupy swiąteczne, swoje zrobiłam już dawno i głównie przez internet, bo z moimi rozmiarami można się jedynie kulać miedzy półkami, a biorąc pod uwagę tłoki w galeriach, to prędzej zrobiłabym korek niż przecisnęła między ludźmi. Niestety nie wszyscy są tak przewidywalni jak ja i każdego roku są zaskoczeni zarówno brakiem pomysłów jak i towarów na półkach w tym okresie.


Wiem, że święta tuż tuż, dodatkowo nie będę dawała propozycji prezentowych, bo to bardzo indywidualna sprawa, poza tym jest mnóstwo takowych w internecie. Co jednak robić jeśli do świąt zostało kilka dni, a prezenty świąteczne są w polu?
Zawsze do wykorzystania zostają typowe klasyki, książka, zegarek, portfel, perfumy czy biżuteria. Fakt, być może nie popiszemy się znajomością najskrytszych marzeń drugiego człowieka, ale jest duże prawdopodobieństwo, że obdarowany nie będzie musiał się mocno wysilać by wyglądać na ucieszonego w naszym towarzystwie.
Jest to zdecydowanie lepszy wybór niż próby odgadnięcia choinkowych marzeń bliskich.
Jeśli jednak mimo to ambicje nie pozwalają nam tak kompletnie się poddać, ostatnią deską ratunku jest zgłoszenie się do kogoś po pomoc. Znajomych albo rodziny, ktoś na pewno spontanicznie rzuci jakąś wcześniej zasłyszaną rzecz.
Przy wymyślaniu prezentów ważne jest by nie zrażać się nawet tymi pomysłami, które są nierealne albo nie na naszą kieszeń. Nawet dzięki nim można wpaść na coś pokrewnego, co się przyda, albo po prostu spowoduje uśmiech na twarzy.:)
Na przyszłość jednak proponuję zapisywać pomysły jak tylko je usłyszymy, nawet w środku roku. Wtedy mamy problem z głowy, gdy nadaży się okazja. Dobrym pomysłem jest też sporządzanie "chciejlisty" jak to ujęła Paula. W końcu, w dzieciństwie, takie Mikołajowe listy były ekscytujące, dlaczego nie miały by być i teraz?:)

sobota, 14 grudnia 2013

Tydzień 34/5.


Klik - link do mojego profilu na Instagramie gdzie znajduje się filmik z wiercącą J.

1. B. pierwszy raz założył mi skarpetki. Jak zobaczył moje męczarnie to się chłopak zlitował:)
2. Okazało się, że źle liczę i wprowadzam w błąd siebie i innych. Ten tydzień był wg lekarki numerem 35. Nie wiedziałam że 34+n liczy się już jako 35, chociaż oczywiście odliczając do planowanej daty coś mi nie grało, no ale zawsze zapominałam zapytać :P Także w momencie wstawiania tego wpisu oficjalnie jestem w trzydziestym szóstym tygodniu:). Jeszcze max 4!
3. Waga mówi, że w tym tygodniu nie przytyłam ani kilograma, ewentualnie parę gram. Czy to prawda, okaże się na kontroli:) Jak dotąd biedaczka nie pokazała jeszcze poprawnej liczby chyba nigdy:P.
4. Zarówno moja kuzynka jak i blogowa znajoma, niedawno urodziły. W tym roku jest jakieś zatrzęsienie ciężarnych wśród znajomych, a, że ja jestem ostatnia praktycznie na liście, tym bardziej nie mogę się doczekać, a dni wydają się dłużyć i dłużyć.
5. Bardzo pilnuję odpowiedniej ilości wody i będę się tym ciągle chwalić:) Idzie mi półtorej do dwóch butelek wody dziennie, a KP jest świadkiem:).
6.Nogi jak puchły tak puchną. Wyglądają jak serdelki i wcale nie pomaga im jak podniosę do góry na chwilę.
7. Czuję się nierozumiana w ciąży. Zdanie "ciąża to nie choroba" albo "nie jesteś jedyna, która jest w ciąży" powoduje u mnie natychmiastową chęć mordu. Wybaczcie moje rozżalenie, no ale... Ciąża to naturalny stan, okej. W którym boli krzyż, ciężko się chodzi, a głowa lata ze zmęczenia, oczy się kleją, nawet po śniadaniu. Faktycznie, w końcu całe swoje życie to była dla mnie normalka. Chodźmy porobić salta, bo przecież drzemka to przestępstwo, a chodzenie jak pingwin albo kuśtykanie, to użalanie się nad sobą. Podobno powinno się cieszyć tym czasem, odpoczywać i korzystać póki w ogóle da się jeszcze spać. Powoduje to we mnie niechęć do jakichkolwiek ciąż więcej(także wybij to sobie z głowy B.!)i modlenie się bym urodziła na przykład za dwa tygodnie. Albo zaraz.
8. Zaczęłam się poważnie zastanawiać i przygotowywać rzeczy do szpitala. Skoro niby mogę urodzić w każdej chwili, to lepiej być przygotowanym. Tylko jeszcze nie bardzo jest się w co spakować.
9. Wobec powyższego, zakupiłam już paczkę pieluszek i zauważyłam, że nie posiadam rękawiczek dla malucha, co by uniknąć zadrapań. Już sobie ją wyobrażam ze skarpetkami na łapkach.
10. Zameldowaliśmy się też do szpitala. No, prawie. Prawie, ponieważ termin spotkania w szpitalu w celu dopełnienia formalności mamy na dziewiątego stycznia. Na szczęście, w razie jakbym zaczęła rodzić, powiedzieli, że spokojnie mogę do nich uderzać.

piątek, 13 grudnia 2013

Inspiracje - Foodporn.

Z racji, że każdy wie, jak ważne jest zdrowe odżywianie, a nie każdy jednak się stosuje (jestem tego najlepszym dowodem), przedstawiam inspiracje jedzeniowe czyli tak zwany foodporn - coś, na widok czego ślinka nam mimowolnie leci, nawet, jeśli jest nieznośnie wręcz zdrowe (dla ludzi pokroju mojego męża to nie zaleta:P) lub zawiera w sobie składnik, od którego zazwyczaj stronimy (no nie wiem, szpinak, maybe?).


Z jedzeniem jest jak z butami, ciuchami czy perfumami. Jeśli zobaczycie piękny model/zapach, czujecie się w nim jak milion dolarów, tak samo jeśli talerz czy miska wraz z zawartością wyglądają fajnie, posiłek jest niczym z drogiej restauracji albo przytulnej knajpki. Poprawiony humor i dopieszczone zmysły gratis:).

Morał jest taki, że warto przykładać wagę do tego, co mamy na talerzu, ale też jak wygląda to co się na nim znajduje. Zaręczam, że z ładnym posiłkiem, o wiele łatwiej wytrwać w jakimkolwiek jedzeniowym postanowieniu - sprawdziłam:).






 Smacznego:)


poniedziałek, 9 grudnia 2013

Tydzień 33.

1. Dostałam w żebra - nareszcie!
2. Jak również opierdziel za picie niewystarczającej ilości wody. Możecie nazwać mnie wyrodną matką, ale jeśli nie mieliście dobrych nawyków przed ciążą, ciężko jest nadrobić to wszystko.
3. Nasza "Kruszynka" zwolniła trochę tempo wzrostu, ale waży dwa i pół kilo.
4. Biorąc pod uwagę częstość występowania zgagi, gęstość włosów odziedziczy po mnie:)
5. Nieuchronna liczba nadeszła.
6. Syndrom wicia gniazda się załączył, czyli remanent w szafkach, dekoracjach i w ogóle wszelkie procesy by było u nas bardziej domowo:).
7. Pępek oficjalnie wylazł.
8. Golenie nóg wymaga coraz więcej zachodu.
9. Nie wiadomo czy to przez ciążę czy przez tarczycę, ale mam na zmianę jeden dzień energii przeplatany z dniem, w którym jestem niczym miś zapadający w zimowy sen.
10. Zaliczyłam kilka spacerów, dysząc jak pies i wyglądając jak buka, ale można odhaczyć:).


niedziela, 8 grudnia 2013

Krysmas is coming!

Chociaż od kilku ładnych lat byłam raczej Grinch'em Świąt Bożego Narodzenia, tak w tym roku, totalnie mi odwaliło i odliczanie do Wigilii zaczęłam już na początku listopada. Z kilku powodów, ale przede wszystkim dlatego, że są to Nasze pierwsze święta jako rodzina i poczuwam się do obowiązku tworzenia tradycji :).

Na pierniczki czaiłam się od dawna. Przyznam, że byłam przekonana, że wyjdą mi cudowne, a w ogóle to to jest prosta sprawa i jak już przebrnę przez pieczenie to ozdabianie będzie bułką z masłem. Szczerze? Chyba wolałabym jeszcze trochę popiec. Okazało się, że gigantyczne, jak mi się wydawało, zakupy lukrowo-posypkowe, to była kropla w morzu potrzeb wyobraźni i z takim niewielkim arsenałem zwyczajnie nie wiedziałam co robić. Było by oczywiście łatwiej i na pewno przyjemniej, gdyby B. zdecydował się dotrzymać słowa i mi pomóc, ale cóż, mężczyznom nie można ufać, nawet, a zwłaszcza mężom. Foch i psie oczy w stylu "ranisz mi serce" dostał chłopak gratis. A co, jestem w ciąży? Jestem. Hormony szaleją? Szaleją. To jasne, że ze mną się nie zadziera, spiera i w ogóle.  Tak strasznie się cieszyłam i tak mocno mi zależało, że prawie się rozpłakałam. Serio, chyba nawet mój własny ślub nie był dla mnie tak ważny jak te święta, więc bardzo dobrze, że pierniczki były ostatnie na liście, bo zapał momentalnie mi zgasł.





Dwa dni wcześniej postanowiłam zrobić użytek z zakupionego kiedyś tam śniegu w spray'u i srebrnej farby. Co prawda przy kasie nie wiedziałam jeszcze do czego chcę je użyć, ale byłam pewna, że moja kreatywność wkrótce się do mnie odezwie.
Tak też się stało, stąd, a właściwie znowu z Design Your Life, powstał pomysł na obrazek z głową renifera. Niestety nie przewidziałam, że śnieg wypadnie aż tak blado na tle srebra, ale w gruncie rzeczy nie wyszło aż tak tragicznie, nawet mimo Kociałkowego tornada i śladów po futrzastych łapach. Bardziej martwią mnie słowa mojego taty, który to twierdzi, że to jeleń nie renifer. No, ale, nikt nie jest idealny, rogacz widocznie też nie.
Miałam w planach zrobić świeczniki ze słoików, ale jakoś tak nie mogłam się do nich zabrać, ze względu na posiadany rozmiar, który w moim mniemaniu wyglądał by kiczowato, aż tu przypadkiem odkryłam, że mam nieużywane, kurzące się od kilku miesiący szklanki. Oto efekt tego połaczenia, posiadam jeszcze pięć takich cudeniek, a, że są z ciemnego szkła, pojęcia nie macie jaki świetny efekt dają po zapaleniu, żadne zdjęcie tego nie odda.


Na liście mam jeszcze zrobienie takich oto pomarańczy, a w tym tygodniu wybrać się zamierzam już po choinkę, pierwszą od kilku lat, żywą, stąd, być może, znowu się pochwalę. W końcu prezenty porobione, został tylko jeden, a jeśli chodzi o świąteczne zakupy to wzbraniam się jak mogę wymawiając rozmiarami i ociężałością, proponując nawet łapówki by tylko nie iść, gdyż nienawidzę tłumów w sklepach bardziej niż kolejek do kas czy Krzysztofa Krawczyka.



żródło: Zszywka


Keep calm 
and 




HO HO HO ON!:)

sobota, 7 grudnia 2013

Sobota, dzień kota.

Chciałabym poświęcić tą notkę, pewnemu futrzastemu, który skradł moje serce.
Uwielbiam moje Kotałki. Wychowałam go na maminsynka, a co za tym idzie, niezłego drania. Zawsze wie jak mnie podejść, a ja zazwyczaj przegrywam walkę z jego wiecznie dziecinnymi ślepiami i cieniutkim "miau".


Jestem w stanie rozpoznać jego humor (co w sumie chyba nie jest jakieś odkrywcze i szczególnie trudne), właśnie po wydawanych odgłosach, stąd wyróżniam:
- Głośne, przeciągłe, niemal rozdrażnione "Miaaaaauuuuuułłł!" kiedy jest na mnie wyjątkowo zły
- Głośne, krótkie, ale w odstępach sekundowych "Miau. miau.miau." jakby chciał powiedzieć "daj. daj. daj."
- Cichutkie i skromniutkie "miał" albo "mrr" kiedy coś by chciał, albo na psa naskarżyć, ale uraczy się też przytuleniem i podrapaniem za uszkiem.

Kociałek, chociaż może być to dla wielu zaskoczeniem, zna kilka sztuczek.
- Wie, na przykład, że, gdy w nocy otwieram szerzej drzwi od pokoju, musi wyjść, bo wydzierał się za bardzo.
- Wie, że położenie się na mojej połowie łóżka kiedy jestem na niego zła, sprawia, że zaraz mi przechodzi.


W kilku rzeczach jednak notorycznie się spieramy:
- Zdecydowanie polemizuje z B. odnośnie dzielenia się parówkami. Zwierzę zdecydowanie i natarczywie jest za przekonaniem męża do uszczknięcia kawałeczka. Co ciekawe, w przypadku innych smakołyków, potrafi dać za wygraną.
- Nie przyjmuje do wiadomości, że kosz pod wózkiem to nie jest miejsce dla niego. Daje się z niego wyciągnąć tylko przy niemal stu osiemdziesięciu stopniowym wywróceniu pojazdu i w przeciągu dziesięciu sekund, w geście sprzeciwu wraca na swoje miejsce.
- Lodówka to nie telewizor. Otwarcie jej nie oznacza seansu, w którym do woli można się przyglądać półkom i to, że nic sobie nie robi z delikatnego "szturchania" go drzwiami(żeby się przesunął - inaczej nie da się zamknąć)tego nie zmieni.


Nasze wspólne życie jest pełne wrażeń, nigdy nie byłam kociarą, a teraz nie wyobrażam sobie dnia bez niego. I mimo, że najbardziej narzeka i złości się na niego B., za spanie na jego ciuchach, rzekome skakanie po samochodzie i głośne domaganie się jedzenia, to wiem, że i on uważa go za członka naszej małej rodziny :).

wtorek, 3 grudnia 2013

Tydzień 32.

1. Zauważyłam, że mogę zmieścić coraz mniejsze porcje. Mój apetyt się jednak ze mną nie zgadza i zjadam wielki talerz obiadu nawet jeśli zajmuje mi to godzinę.
2. Zaczynam coraz poważniej rozglądać się za rzeczami, które mogę spakować do torby do szpitala i okazuje się, że dalej jest mnóstwo rzeczy na liście "do kupienia".
3. Na szczęście, jeśli chodzi o dziecięcą wyprawkę, został nam dziecięcy śpiworek, sterylizator i jakiś otulak. Całą resztę możemy zakupić potem:).
4. Moja Maleńka lubi widocznie kopać tych, którzy przykładają głowę do brzucha. Pierwszy był B., jakiś czas temu, w tym tygodniu KP oberwała w ucho. Coś czuję, że niezłe ziółko tu się kroi. Po tacie na pewno ;).
5. Przyszła również paczka od kuzynki Juju. Jak się okazało trzeba przeorganizować szafę, nie będzie przesady, jeśli powiem, że ciuszków jest tak co najmniej 4 razy więcej. Ba, na pewno więcej.
6. Stąd też, pomyślałam, że to dobry czas by ogarnąć się za pranie, naturalnie, w delikatnym proszku. Miałam to zrobić jakoś za dwa tygodnie, ale sytuacja szafowa mnie zmusza, poza tym już chyba każdy przyjął za pewnik, że do Sylwestra Mała będzie z nami. Swoją drogą, ciekawego psikusa nam zrobi, jak wytrzyma do połowy stycznia:P.
7. Moje poranki wyglądają tak, że jeśli się już obudzę, to pierwsze co robię, wyskakuję z łóżka do łazienki, a potem czym prędzej do lodówki, bo okazuje się, że w brzuchu buuuurczy strasznie i muszę koniecznie zjeść szybko jakiś jogurt, żeby potem, za godzinkę, spokojnie pomyśleć o śniadaniu.
8. O ile dalej śpię długo, o tyle nie jestem w stanie w nocy zasnąć, bo ni jak nie idzie się tym cielskiem ułożyć, co bardzo frustruje jeśli człowiek jest mocno zmęczony (a zazwyczaj jest). Często kończę walkę z łóżkiem gapiąc się ze złością w sufit, albo patrzę na śpiącego B., co z kolei sprowadza się do różnych dziwnych przemyśleń. ;)
9. Z racji, że patrzenie pod nogi jest w moim przypadku od jakiegoś czasu niewykonalne, potykam się i depczę co się da. Nawet duże psy i tłuste koty. Mąż zamierza zrobić mi psikus i tego ostatniego podstawić jak będę siadała. Dowcipniś.
10. A tak wygląda pedicure kobiety w ósmym miesiącu ciąży, kiedy mąż nie chce pomóc, a jej wstyd prosić kogoś innego:


wtorek, 26 listopada 2013

Jesienno zimowy zestaw.

Jak strój kąpielowy na lato, tak samo sezon jesień/zima ma rzeczy bez których obyć się nie da. Przynajmniej ja mam takie swoje małe typy, które szczególnie lubię o tej porze roku.



1. Krem do rąk.
    Zaczyna się bowiem czas łapek drwala i, ja nie mam nic przeciwko, może ktoś lubi, ja niespecjalnie toleruję takowe nawet u samców(Ładne kilka miesięcy staram się namówić męża na używanie, chociaż co kilka dni specjalnego męskiego kremu do rąk, a on, zupełnie "przypadkowo" cały czas gubi tubki.), ale o ile w ich przypadku da się jeszcze je jakoś wytłumaczyć, o tyle u kobiet jest to tak niedopuszczalne jak niezmywanie makijażu na noc. Co, z drugiej strony, jest moim brudnym nawykiem. Z regularnością co do kremu, staram się jednak polubić na wszystkie sposoby, od stawiania kremu przy łóżku, po ustawianie budzika, żeby nie zapomnieć w ciągu dnia.


2. Ciepły napój.
    Kawa, herbata, kakao, gorąca czekolada. O ile pierwszej z listy nie mogę pić, a ostatniej nie posiadam, dwie środkowe pozycje zajmują dozgonne miejsce w moim sercu. W kwestii herbat z levelu "początkujący", wzbiłam się na ten "zaawansowany", aplikując sobie codziennie kubek zielonej, a gdyby biała herbata była muzykiem rockowym, zostałabym jej grupies i zrobiła wszystko, żeby mnie przeleciała:).
Kakao robię za to zazwyczaj, kiedy B. wstaję do pracy, albo/i kiedy mam zgagę. Nie wiem na czym to polega, na żadnej stronie nie ma o tym ani literki, ale niewątpliwie kakao jest jedną z dwóch rzeczy, które zwalczają u mnie zgagę niemal natychmiast.




3. Książka/gazeta/film
    Skoro mamy już coś ciepłego w chłodny wieczór lub deszczowy dzień(dostępne dowolne wariacje), przy czym można skulić się pod kocykiem ogrzewając dłonie, przydałoby się też trochę zapełniacza czasu i tym razem nie mam na myśli internetu. Wręcz wskazane jest by się odciąć co jakiś chociaż czas, dla własnego zdrowia psychicznego, harmonii i równowagi, a któraś z trzech opcji powinna miło nam tą udrękę załagodzić. Zdecydowanie zależy to u mnie od nastroju, ale o dziwo, mam chyba przesyt fal elektromagnetycznych w ostatnim czasie i wybieram raczej coś do czytania. No, chyba, że trafiam na "Lekarzy" w telewizji :).


4. Świeczki...
    ... Woski, czy olejki. Kiedy za oknem robi się szaro jeszcze przed umownym "wieczorem", aż prosi się by pstryknąć parę razy zapalniczką i wprowadzić do domu przyjemny, ciepły nastrój. Jeśli dołączymy do tego podgrzewacz, do którego możemy wrzucić pachnący wosk, albo kilka kropel olejku, to już totalnie nie ma się ochoty wychodzić na zewnątrz. Nie dlatego, że za oknem pogoda może nie rozpieszczać, ale dlatego, że cztery kąty robią się nagle rozkosznie przytulne, dosłownie, jakby chciały przytulić i powiedzieć "weź, nie wychodź jeszcze".


5. Balsam do ust.
    Zdecydowanie, gdyby ta lista miała być ułożona od najważniejszego punktu, ten byłby jako pierwszy. Sezon jesień/zima, to czas chłodnego wiatru, przeziębień i oddychania przez nos, a także grzania w domach, czyli suchego powietrza. Przypuszczam, że każda stąpająca po ziemi osoba, pomijając te, które takich pór roku klimatycznie nie posiadają, doznaje zaszczytu posiadania ust jak stara tarka do prania. Jeśli nie może przy tym zostawić tego w spokoju(jak ja), zapewne doświadcza również krwawych ranek, niekiedy w efekcie bolesnych, zwłaszcza przy piciu ciepłej herbaty. Także pomadka to niezbędnik, must have po prostu. Chyba, że Wam to wisi i/lub się nie całujecie.




6. Coś na nieelektryzowanie się.
    Możemy sobie powiedzieć, że jesteśmy dorosłe, chodzimy na szpilkach, obcasach albo i nie, stąd czapek używać nie chcemy bo nie przystoi, ale prawda wyszła na jaw. Te z nas, które nie cierpią czapek, swoją niechęć w 90% skrywają w elektryzowaniu się włosów. Tak się przy okazji składa, że czapki ostatnio zrobiły się bardzo modne, fajne, a dzięki takim wynalazkom jak chociażby spray na elektryzujące się włosy, można spokojnie przestać udawać, że wcale nam nie jest zimno w głowę, a uszy są takie czerwone, bo jedno pociągnięcie pędzla z różem było zbyt zamaszyste. Ja dzięki temu z dumą noszę moją szarą z pomponem:).



Jako, że moja ciągła paplanina o kulaniu się, uwieraniu i tym podobne robi się monotematyczna, postanowiłam, jak widać, wprowadzić do bloga ciut czego innego:). Mam nadzieję, że nikt mi nie będzie miał tego za złe, a może, przy okazji, troszeńkę się taka "awangarda" spodoba.

niedziela, 24 listopada 2013

Tydzień 31.

1. Długo wyczekiwana wizyta nareszcie nastąpiła. Okazało się, że Malutka rośnie jak na drożdżach nawet za bardzo - widocznie mocno jej się do nas śpieszy:).
2. Dodatkowo póki co, nic nowego nie wyrosło, więc myślę, że się nie zdziwimy przy porodzie, że jednak ulęgnie się mały samczyk:).
3. Puchną mi stopy. Na potęgę. Niedawno przypadkiem na nie spojrzałam i uderzyło mnie: "GDZIE SĄ MOJE KOSTKI?"
4. Nie mogę spać, przespałam jak dotąd jedną noc jak dziecko, normalnie wiercę się jak głupia, wstaje po milion razy i trzymam się za jajniki, które jakiś mały wielkolud notorycznie atakuje przy okazji wieczornego wiercenia.
5. Wobec powyższego Pan Miś, którego dostałam od B. na urodziny zyskał nową funkcję: robi mi jako poduszka między nogi gdy leżę na boku. Kiedyś stwierdziłam, że nie potrzebuję tego gadżetu, ostatnio jednak spróbowałam ponownie i niemal wyrwało mi się głośne "achhhh" z ulgi.
6. Miałam prawdziwą "zachciankę". Nie przypominam sobie, żeby wcześniej zdarzyło mi się coś takiego, obsesyjne myślenie o konkretnej rzeczy przez więcej niż dwa dni. Mowa tu o jagodziance. Niestety w Niemczech próżno ich szukać, udało mi się jednak załagodzić trochę moje kubki smakowe jogurtem z sosem jagodowym - zdecydowanie po niego wrócę :).
7. ŁÓŻECZKO, NARESZCIE!
8. Młodzież już się nie kopie, bardziej "przewala" rozciągając mnie na wszystkie strony.
9. Za to usilnie atakuje mi jajniki. Poważnie zaczynam powątpiewać czy aby na pewno to dziecko, bawi się nimi jak bombkami na choince(znaczy, takie mam wrażenie;p).
10. Czkawkę można poczuć już za dotknięciem ręki. Niestety nikomu poza mną się to nie udało.

sobota, 23 listopada 2013

Inspiracje - pokój dla dziecka.

Dziś tak trochę inaczej. Miałam kiedyś plan, żeby dodawać regularnie zdjęcia na tego bloga i niestety, konsekwencją nie grzeszę, ale uwiera mnie to jak .... jak nie wiem co:). Stąd postanowiłam podzielić się inspiracjami, jakie znalazłam w internecie dotyczące niczego innego jak macierzyństwa, a konkretniej pokoju dziecięcego.

Nie powiem, że obsesyjnie o tym myślę(chociaż byłaby to prawda), ale jestem na etapie przygotowywania kącika dla Małej. Do pokoju to jeszcze daleko, ze względu na aktualny metraż, jest to bardziej aneks dziecięcy, ale mimo to chciałabym, aby był stylowy, nie przesadzony, a jednocześnie bardzo dziecięcy, dlatego każdy drobiazg jak choćby ramka na zdjęcia, staram się przemyśleć kilka razy. Przypuszczam, że potem nie będę miała głowy do takich rzeczy:)





 źródło: pinterest


Nie bez powodu można tu zobaczyć powtarzające się kolory. Strasznie mi się podobają jasne odcienie, jednak tak się składa, że ściany w dziecięcym aneksiku są grafitowe, ale absolutnie nie uważam tego za wadę, postawiłam dla przełamania na biel mebli i róż w odcieniu podobnym do tego na pierwszym zdjęciu.  Zdecydowanie na tych zdjęciach urzekły mnie niebanalne aranżacje ścian, jak również łóżeczka, a konkretnie ilość tkanin, która w odpowiednich barwach dodaje uroku, a także kokardki - czyż nie są cudowne?:)

piątek, 15 listopada 2013

Tydzień 30.

1. B. miał okazję usłyszeć czkawkę dochodzącą z kogoś we mnie. Odkąd nie ma głuchej ciszy, zdecydowanie chętniej przykłada ucho do brzucha. :)
2. Długo wyczekiwana wizyta w szpitalu, i zaspokojenie ciekawości co do sal, metod rodzenia itp:).
3. Czkawka zdarza się nam coraz częściej:)
4. Irytacja również. Przestałam płakać bez powodu zaczęłam się wkurzać. Z błahych, zależy jak patrzeć.
5. Genialnie nażarłam się mentosów i popiłam colą. Nie bezpośrednio, ale akurat trafił się dzień, w którym miałam mega ochotę na mentosy(nie mogłam aż wytrzymać), a potem, tego samego dnia później wypiłam szklankę coli (bo od czasu do czasu przecież nie umrę). No, i umieram, trzeci dzień.
6. Denerwuję się strasznie z okazji nie znalezienia łóżeczka. Nieziemsko wkurza mnie, że nie ma fajnych i/lub w adekwatnej cenie.
7. Cały ten tydzień odliczam, do kolejnej wizyty u ginekologa. Jestem bardzo ciekawa jak duża już jest mała i czy moje przypuszczenia się sprawdzą.
8. Przytyłam kolejne pół kilo :). Zaczynam się obawiać co mnie czeka do poniedziałku, dnia oficjalnego ważenia.
9. Maluch chyba nie lubi zakupów. O ile za każdym razem kiedy chodzę, Ona usypia, tak ostatnio zaczęła się uaktywniać i kopie, wierci się, nawet na takich "wycieczkach".
10. Dalej mogę jeść mandarynki, kilogramami. Serio. 

czwartek, 14 listopada 2013

Łóżka i atmosfery.

Ogólnie bardzo kolejny udany dzień, w pokoju wyjątkowo ciepło, wczoraj dodatkowo zostało za mnie powieszone pranie, a do tego, gdy wróciłam do domu, zastało mnie przyjemne ciepło rozchodzące się po cąłym ciele, za sprawą wesoło iskrzącego ognia w kominku.
Nie, to nie mój mąż, to Kasia zadbała o to by po Info Abend zastał mnie miły klimat. Mąż za to był ze mną na tym "wieczorku" i cierpliwie czekał, mimo, że filar zasłaniał mu widok na cały ekran.
Informacji było sporo, wszystkie ciekawe, jestem pod wrażeniem jak wiele zrozumiałam, w większości kwestii pytałam potem tylko czy dobrze zrozumiałam.
Za to dziś niestety męczy mnie straszny ból brzucha połączony ze zgagą i albo dziecko albo ....
Dodatkowo nie polepsza rzeczy fakt, że znowu podjęłam próbę szukania łóżeczka i nie podoba mi się żadne, poza takim za 3 tysiące. Nie uśmiecha mi się ten fakt, biorąc pod uwagę, że nie mamy w planach w najbliższym czasie pokoiku dla dziecka, więc nie ma sensu kupować czegoś, żeby się człowiek potem gimnastykował z doborem mebli pod kolor czy coś.
I tylko się zirytowałam, bo nic innego mi się nie podoba.

niedziela, 10 listopada 2013

Panika.

Do niedawna zastanawiałam się, czy to ze światem, czy ze mną jest coś nie tak. Teraz już wiem, zdecydowanie ze mną. Wcześniej wiele rzeczy, z którymi się nie zgadzałam, nawet na mój temat, po prostu mnie nie obchodziły. Ostatnio jednak, nawet te rzeczy, tylko w ogólnym stopniu związane ze mną traktuję jak przykrość.
Myślałam, że może hormony wzbogaciły mnie o wenę do napisania książki na miarę "Co z tą Polską?", w końcu w ostatnim czasie tyle razy zadawałam sobie to pytanie w kontaktach międzyludzkich. Za każdym razem i przy każdym sporze, nie umiałam jednak sobie odpowiedzieć czy przemawia przeze mnie moja ciąża, czy po prostu przewartościowało mi się życie(i układ nerwowy).
A sporów było sporo.
Ale mniejsza o liczbę, kiedy usłyszałam dziś, że... Właściwie nic specjalnego, że teściowa uważa, że mimo wszystko powinnam pić syrop bo na pewno nie zaszkodzi, albo że zamiast lekarza iść do apteki i spytać o leki, bo aptekarz jest stary więc pewnie się na tym zna... No właśnie. Ja tyle przyswoiłam, chociaż teraz nie jestem w stanie do końca powiedzieć czy na pewno miała to na myśli. Tak uważam, że miała. Powiem więcej, w moim małym ciążowym mózgu zaraz pojawiła się informacja "Aha, ktoś uważa, że przesadzam z tą ciążą, pewnie tak z innymi rzeczami, i nic mi się nie stanie, pewnie myśli, że wyolbrzymiam, jak zwykle, stawiam jakieś wymagania, a przecież nic nie robię, ale co ta osoba może wiedzieć, przecież nie zaryzykuję(...)" - panika, smutek. To głupie, wiem.
Przykład kolejny, blogowa koleżanka dodaje na Instagram zdjęcia ciuszków dla swojej pociechy, zakupione w H&M. Niewiele myśląc komentuję, że bardzo fajne i czy widziała może ten komplecik ala Myszka Minnie, bo jest przeuroczy, na co ona odpisuje, że i owszem, ale jej takie rzeczy nie jarają, bo nie lubi robić z dziecka przebieranki. Możecie sobie wyobrazić co mi się w głowie stało? Nie? No to proszę, już tłumaczę, coś na zasadzie, "o matko, przecież to tylko białe body, czarne spodenki i czapeczka z uszkami, czy ona uważa mnie za jakąś psychopatkę co przebiera dzieci w dziwne rzeczy? To w ogóle coś złego? A może ja jestem psychopatką?"
Żal mi siebie jak to teraz czytam, ale serio, tak właśnie było.
I niby jak się spojrzy z boku to się myśli głupia baba, ale te hormony to są straszne.
Teraz przeczytałam jeszcze notkę na blogu KP i też już mózg pracuje mi na wysokich obrotach czy padał dziś jakikolwiek jej temat, a że nic mi do głowy nie przychodzi, to panikuję, że skleroza postępuje i na pewno chodzi o mnie, albo jakieś fatalne nieporozumienie, ale wiadomo milion ludzi na tym świecie z czegoś się tłumaczą, że są niewinni, nawet jeśli winni są, więc powodu by mi wierzyć by i tak nie było. O właśnie, taki stres.
Możecie sobie wyobrazić jeszcze, że skoro tak przeżywam takie sprawy, a krzty przesady w tym nie ma, że zaraz tętno szybciej pracuje, myśli skoncentrowane i człowiek zasnąć nie może, to co dopiero musiałam przeżyć usłyszawszy, że jak latorośl będzie chora to mam sobie ją sama wychowywać.
Nawet nie myślę, czy żarty czy nie żarty, wolę się nad tym nie zastanawiać, bo nawet jeśli trochę żartem wypowiedziane, to pewnie znikąd się to nie wzięło. Od razu łzy pociekły, strumieniem jak z kranu, chyba ani razu jeszcze nie ciekły aż tak żwawo, za nic zahamować się nie  dały, ze strachu, że przecież nie przewidzisz, a może tak się zdarzy, odpukać, i co z nią będzie, co ja zrobię, i jak sobie poradzę sama.
Przypuszczam, że ten caly kran widać było, bo i ukryć się nie dało, ale widać było usilne działanie w stylu "problemu nie widzę, problemu nie ma", więc płakałam sobie cichutko z pokerową miną siedząc obok.
Nie polepszył sprawy fakt, że przypomniały mi się słowa B. sprzed kilku lat kiedy znienacka powiedział, że kocha tak, że jakbym na wózku była albo bez nogi albo ręki, to i tak by kochał i i tak by chciał ze mną być i opiekować się, bo nie zniósłby chwili beze mnie. A ja sobie od razu myślę, że teraz mimo obroży na palcu, sugerującej wieczne love, to by w razie co zniósł. Śpiewająco.
Nic nie poradzę, że mi takie myśli chodzą po głowie i dołują.
Za to pomyślałam też, że Małą tak kocham, że dla mnie ona może być bez nogi. Na szczęście na USG są wszystkie dwie.


A jak B dziś ucho przystawił i czkawkę usłyszał, to jeszcze bardziej się spłakałam. Wobec powyższego.

piątek, 8 listopada 2013

Kompleks Fejsbuka.

Ostatnie sprzeczki i rozczarowania znajomymi, sprowokowały mnie do refleksji.

Mianowicie, niektórzy na starość dziecinnieją. Może nie do końca na starość, ale z wiekiem i mogłabym to zwalić na Facebook'a, jednak nie wierzę, w jego wyłączną winę.
Coraz częściej dopadają mnie:
1. Pytania: "dlaczego nie zaakceptowałaś zaproszenia ... do znajomych? To nic, że nigdy nie widziałaś jej na oczy, może ona w ten sposób chce się zaprzyjaźnić, WYPADA wysłać do niej wiadomość!",
2. Zazdrość: "polubiłaś zmianę statusu związku ... , za to ... nie zlajkowałaś ostatnio nic, a przecież tego nie lubię, a tamtego tak, powinnaś mnie wspierać!"
3. Krytyka: " Polubiłaś zdjęcie ..., wiesz, że ostatnio się pokłóciliśmy, ona pewnie teraz myśli, że im przyznajesz rację w tym sporze"
4. Wyciąganie wniosków na temat relacji międzyludzkich: " ... dodała nowe zdjęcie, a ty kolejny raz ani komentarza, ani nic, myślałam, że się lubicie, o co się pokłóciłyście?"

Hola. Czy tylko mnie się tak wydaje, czy coś tu nie gra? Od kiedy częstotliwość dawania lajków, oznacza stanie po czyjeś stronie w jakieś sprawie? Od kiedy nie komentowanie każdego dodanego zdjęcia oznacza spór z daną osobą? Od kiedy lubienie postów, wrzucanych przez kogoś kogo nie lubi ktoś inny oznacza zdradę przyjaźni czy koleżeństwa? I przede wszystkim, co mnie ominęło, że nagle wypada akceptować zaproszenia do znajomych każdej nieznanej osobiście osoby, bo może się właśnie chce zaprzyjaźnić i to ja powinnam napisać wiadomość do takiego człowieka? Czy to oznacza, że jak ktoś podejdzie do mnie i bez słowa wyciągnie rękę, to mam ją uścisnąć i się przedstawić, bo tak wypada?
W normalnych, realnych sytuacjach, ogólnie przyjęte jest, że chcąc się z kimś zapoznać albo nawiązać kontakt zaczynamy rozmowę, a nie zaczepiamy i oczekujemy bez słowa tego od drugiej osoby. Podobnie, jeśli dwie pokłócone osoby mają wspólnych znajomych, to nie powinny wymagać od nich by przestały utrzymywać kontakt z jedną ze stron, tak jak nikomu nie trzeba potakiwać na każdą głupotę którą mówi, czy każdy żart który opowiada, zwyczajnie dlatego, że nie wszystko podoba nam się na tyle by chcieć to skomplementować lub interesuje na tyle by dodać coś od siebie.
Każdy rozgarnięty, rozumny i uważający się za dojrzałego chociażby w stopniu przeciętnym człowiek rozumie takie rzeczy. Problem pojawia się jednak, gdy taki oto, loguje się do sieci, jako, że dostaje małpiego rozumu, obraża jak dziecko, a wszystkie kompleksy tym samym wychodzą na światło dzienne.
Czy my naprawdę mamy tak mało pewności siebie, że, gdy nikt nie widzi naszych twarzy, a nie patrząc w oczy łatwiej jest powiedzieć co myślimy, lub co nam ślina na język przyniesie, przejmujemy się takimi pierdołami? Mamy chyba już za sobą lata podstawówki, gdy koleżanki namawiały się między sobą, którego dnia którą lubią?

Tydzień 29.

1. Jeszcze miesiąc temu, byłam sceptycznie nastawiona do tego całego "ruchy dziecka są takie super". Owszem były super, ale jednak wydawały mi się dość przereklamowane, nie tego się spodziewałam. Nadszedł jednak ten tydzień i zdecydowanie TEGO się spodziewałam. W końcu łapię ten cały szał i mogę do znudzenia, jak inne matki, mówić, że to najpiękniejsze i nieporównywalne uczucie:)
2. W dodatku poczułam czkawkę Małej. :)
3. B., w tym tygodniu przyłożył ucho do brzucha, nie spodziewając się niczego (jak w tygodniach poprzednich), jednak śmiało twierdzi, że córę nie tylko poczuł jak kopała go w głowę, ale też usłyszał jak się wierci:)
4. Skutkuje to tym, że zasypia trzymając rękę na brzuchu(który wtedy jest nieustannie okopywany).
5. Jestem w stanie leżąc na brzuchu, poczuć tętno płodu. Co prawda, w dużej mierze zależy to od jego ułożenia, ale jest to fakt niezaprzeczalny, mi również zdarza się ją usłyszeć.
6. Brzuch od jej kopniaków również nieznacznie się trzęsie;p
7. Dwa tygodnie od ostatniej wizyty u gina, a ja już przytyłam 2,5 kilo czyli tyle ile przez zeszły miesiąc. Dołowałam się tym faktem, ale coraz silniejsze ruchy utwierdzają mnie w przekonaniu, że to chyba faktycznie nie do końca (albo nie tylko) ja tyję.
8. Zawartość naszej wyprawki powiększyła się o wózek, fotelik, kilka par śpiochów, przesłodki kombinezon zimowy z uszkami i kokardką Myszki Miki, wkładkę do wanny, parę gadżetów typu szczotka czy nożyczki, a także Freddiego The Ważkę, z którego mam nadzieję latorośl będzie czerpała tyle radości co i ja.
9. W tym tygodniu dostałam również zastrzyk, ze względu na konflikt krwi jaki posiadamy z mężem, wprowadzając przy okazji w śmiech lekarkę mówiąc, że tak wstyd jej pupę pokazywać. Naprawdę, na początku nie wiedziałam o co jej chodzi:P
10. Nie wiem czy pogłębiły się trudności w schylaniu i tak dalej, jako, że dopadło mnie potworne przeziębienie, o którym pisałam notkę wcześniej i trudności posiadam we wszystkim:P

środa, 6 listopada 2013

Doigrałam się.

Taka byłam mądra i dumna, bo wszyscy w około chorzy a mi nic. Zwalałam na herbatę z miodem, ale też na Malutką, która mnie rzekomo tak uodporniła. No cóż. Jeśli do tej pory któraś z tych tez faktycznie działała, to albo trafiłam na kiepski miód, albo dziecko zmęczyło się ochroną mamy. W sumie, to sama bym się zmęczyła przy wiecznie kaszlącym, smarkającym i nie chcącym się leczyć czymś innym niż ketonalem tacie(tudzież mężu). Swoją drogą, jak można "leczyć" przeziębienie czy grypę ketonalem? Nie, nie komentujcie, ja już też nie mam siły komentować tego zjawiska.
Podobnie jak tego:
J: Kochanie idź do łóżka.
B(leżący tyłem na kanapie): Nie, po co?
J: Zasypiasz przecież.
B: Przecież nie śpię.
J: No, ale zaraz zaśniesz.
B: Nie, nie zasnę.
[...]
B(chrapie).

Zauważyłam, że wpływ na mojego męża maleje wraz ze wzrostem stażu naszego małżeństwa.
I, że jest odporny na widzę oraz racjonalne argumenty, bo za każdym razem w przypadkach jak wyżej lub podobnych zgadnijcie kto ma rację?

Tak samo było i teraz. Prosiłam, namawiałam, proponowałam herbaty, masaż nawet ! Ale nie. Mąż w dalszym ciągu odrzuca wszystkie formy leczenia farmakologicznego poza jednym, powyżej, a także wszystkie formy leczenia niefarmakologicznego, co skutkuje marnowaniem wody i owoców, bo wszystkie ciepłe napoje marzną na kość, nawet nie ruszone.
Ale zauważyć, że dziś dla odmiany nie nałożyłam mu obiadu ("bo zawsze mi nakładałaś"), to zauważył.
Słodkie to się nawet wydaje wydaje z boku, wiele razy bym się wręcz rozczuliła gdyby nie to, że poza tym całym urokiem, jest to szalenie nieodpowiedzialne, gdyż ja, żona, z kangurzą torbą od siedmiu miesięcy, wcześniej wychodząca na spacery i tym podobne, teraz, po weekendzie w domu z chorym mężem, jestem z zapuchniętym gardłem, zapchanym nosem, bolącą głową i temperaturą 35,7(nie pamiętam kiedy miałam gorączkę ostatnio, kiedy normalni ludzie ją mają, mi termometr pokazuje coraz to mniej).
Generalnie to wszystko sprowadza mi się do żądzy mordu, Przy okazji inne czynniki mają wpływ na żądze mordu, ale to jednak szalę przeciążyło.
Postanowiłam jednak skończyć ścieranie gardła, bo to nic nie da.
Spokojnie czekam aż przyjdzie kostucha albo coś i może wtedy, po ptokach, coś do tego marsjańskiego umysłu dotrze. Nie tylko jeśli chodzi o chorobę.

niedziela, 3 listopada 2013

Telefon.

Stało się.
Myślałam, że mnie to ominie, ale jednak jestem tylko śmiertelnikiem. Tyle lat kąpania się z radiem, komputerem, komórką i właśnie teraz musiałam utopić moją Nokię. Właściwie to nie moją. Znaczy, podarowaną mi, ale teraz, kiedy leży taka umarta, moje wyrzuty sumienia mówią, że byłyby mniejsze, albo wcale, gdyby była moja, tak od początku do końca.
Co w sumie sugeruje, że jestem całkiem miła dla siebie, a to dobra cecha, no nie?

Nagle radość z wczoraj zakupionego, pachnącego nowością, czy, jak kto woli, chińskim marketem wózka, kombinezonu myszki miki czy Freddie'go The Ważki, już tak jakby nagle ucichła. No bo, co ja pocznę? Ktoś, kto zna sytuację, może powiedzieć, że przecież czego jak czego, ale telefonów w tym domu nie brakuje (nie, nie jesteśmy paserami), to ja jednak niemal czuję ból i żal, że kolejna maskotka do kolekcji przepadła.

Wcześniejsza sprzeczka mojej sytuacji nie polepsza chociaż, wtedy niewinna tak i teraz, w końcu każdemu mogło się zdarzyć, w końcu to tylko telefon, no nie?
No nie.

środa, 30 października 2013

Tydzień 28.


Czyli moje luźne refleksje odnośnie kolejnego tygodnia mojej ciąży.

1. Rozrastająca się miednica(albo przesuwająca, cokolwiek) to nie jest miłe uczucie.
2. Z serii sen: Kiedy Twojego męża goni mafia i musicie oboje skoczyć z wieżowca i w ostatniej chwili Ty rezygnujesz, a on nie, możesz obudzić się z wyrzutami sumienia, chociaż to był tylko sen.
3. Lakier piaskowy świetnie nadaje się na pedikiur ze względu na trwałość. Polecany, kiedy malować paznokcie chcesz jak najrzadziej(bo to zbyt męczące lub niewykonalne).
4. Ciepła kurtka, szalik i czapka to bardzo fajny zestaw na spacery i w końcu mogę się poczuć jak bałwan z Tabalugi, co wbrew pozorom jest dość zabawnym i miłym uczuciem. Albo Bańka Wstańka.
5. Odkryłam, że jak ktoś ma kiepskie geny, to może się kąpać w olejkach i kremach, rozstępy i tak się pojawią. Nawet jeśli człowiek smaruje się 5 razy dziennie i używa trzech różnych firm kremów.
6. Co za tym idzie, skóra na brzuchu potrafi tak swędzieć, że gdyby nie zdrowy rozsądek, dawno dokopałabym się pazurami do bobasa.
7. Albo zrobiłam się dramatycznie wybredna, albo moda dziecięca jest bardzo uboga. Prawie nic się nie podoba, a ciuszki dla dziewczynek sprowadzają się po prostu do tego, że są różowe. Mdło różowe.
8. Myślałam, że to ja się lenie, ale biorąc pod uwagę ilość, długość i częstotliwość postów przyszłych mam na forum "przyszłe mamy", to one chyba nie odrywają rąk od klawiatury.
9. Przytyłam w tym tygodniu pół kilo. Mimo, że wiem, że to tak naprawdę nie do końca ja przytyłam i, że to normalne, to dalej myślę "o zgrozo" gdy staję na wagę. I strach przed TĄ liczbą, robi się coraz bardziej niewydumany.
10. Mam apetyt na wszystkie rzeczy z gatunku "zdrowe" i "nieprzetworzone", w ogromnych ilościach. Jak chociażby kilo śliwek. Wcale to jednak nie oznacza, że Kinder Bueno w szafce ze słodyczami jest bezpieczne. Oho i po co sobie przypomniałam?

wtorek, 29 października 2013

American Dream.

Kilka ładnych lat temu, jeszcze zanim spotkałam męża po raz pierwszy, bardzo chciałam uciec. Nic specjalnego, każdy ma taki okres w życiu kiedy ze złością pakuje walizki, a zamykając oczy jest w wymarzonym miejscu, otaczając się ludźmi, rzeczami, które dane miejsce "symbolizują". Moim miejscem były Stany Zjednoczone. Raz, że daleko, dwa, że był wtedy szał na Pussycat Dolls i wyobrażałam sobie klimatyczne ulice Nowego Jorku, albo Los Angeles pełne możliwości, nadziei i pięknych ludzi.
Mówi się, że możliwości stwarzamy sobie sami. Wystarczy spojrzeć na każdą osobę, która osiągnęła sukces, jakikolwiek, by przekonać się, że nie wszystko co robiła wypalało. Jednak tych ludzi łączy też fakt, że robili. Zwyczajnie, dużo, czegokolwiek.
O nadziei nie będę się rozpisywać, bo ma ją każdy, nawet jeśli nie dotyczy ona miejsca w życiu , w którym aktualnie się znajdujemy, ale chciałabym jeszcze wspomnieć o pięknych ludziach, bo to przez nich zaczęłam teraz pisać, przypomniałam sobie co czułam zamykając oczy.
Wygląd zawsze był ważny. Zawsze jest ważny. Nie mam na myśli wagi, figury, konkretnych ciuchów. Wygląd zmienia jednak to jak się czujemy ze sobą. Jeśli uważamy, że wyglądamy dobrze, poświęciłyśmy sobie chociaż minimum czasu, czy to na makijaż, czy na relaksację w kąpieli, pomimo kłopotów dnia codziennego lub problemów, od razu mamy więcej pewności siebie, energii i lepszy humor niż jakbyśmy gniły do 12 w piżamie. Paradoksalnie, zazwyczaj wtedy o wiele bardziej chcemy dbać o siebie.
Trafiłam dziś na coś co zapachniało właśnie Stanami. Na piękne kobiety, różne, ale zawsze zadbane. Zmieniające sobą otoczenie, nie wyglądem, ale tym jak się czują ze sobą. Skłoniło mnie to do chwili refleksji.

To wszystko brzmi prosto, ale nie będę oszukiwać, że nie mam dni, jak teraz, w których pomalowanie paznokci jest dla mnie dużym osiągnięciem. W końcu, wczoraj to zrobiłam, po chodzeniu tydzień w czerwonych pozostałościach po poprzednim manicure. Nie chciało mi się jednak ich wypiłować. Non stop chodzę w koku, bo jest prosty szybki i nawet jeśli nie rozczeszę dziś włosów nikt tego nie zauważy.
Mogłabym tak jeszcze trochę wymieniać, ktoś  może złapać się za głowę i powiedzieć, o matko, ale wiem, że dla nikogo nie jest to obce.
Wnioski zostawiam.

środa, 23 października 2013

Tydzień 27.

A ja znowu o ciąży, przepraszam. Przez rozrastający się brzuch (i tyłek) jestem tak monotematyczna, że jeśli dlatego ludzie nie chcą ze mną rozmawiać to naprawdę, jestem skłonna zrozumieć. Do tego, współczuję tym, co ze mną jeszcze rozmawiają i często odczuwam poczucie winy za zanudzanie innych nawet małymi wzmiankami w tym temacie. Postanowiłam więc ograniczyć się do podsumowań tygodnia.

Więc tak:
1. Podjęłam ostatnią próbę zrobienia pedikiuru. Powiem jedno: B. będzie musiał albo się przełamać i zacząć mnie wyręczać albo wysłać do kosmetyczki, bo coś czuję, że jak nie doświadczę jeszcze jednego pedi do porodu, to będę musiała jechać do szpitala na boso, jak hobbit albo płonąć żywcem ze wstydu na myśl resztkach lakieru na paznokciach u stóp, które na pewno podniosą moją pewność siebie przed kimkolwiek kto będzie miał okazję go zobaczyć.
2. Sikanie do kubeczka nie jest już takie łatwe i przyjemne kiedy nie możesz dosięgnąć ręką z kubeczkiem tam gdzie trzeba.
3. Wobec powyższego trzeba również rozważyć alternatywę dla maszynki do golenia, bo może skończyć się tragicznie.
4. Słowa lubego, takie jak "tylko czasami?" na stwierdzenie, że czasem trzeba powiedzieć kobiecie, że wcale nie jest gruba jak marudzi na wygląd, nawet jeśli trzeba skłamać, przestają nagle bawić, a powodują łzy. Nawet jeśli wiesz, że nie miał nic złego na myśli.
5. Nawet jeśli cały świat nie miał nic złego na myśli, bardzo łatwo jest się rozkleić.
6. Muminki też rozklejają.
7. Kończyny latorośli zaczynają uwierać jeszcze bardziej utrudniając podstawowe czynności, takie jak zakładanie spodni.
8. Kucanie to już za wysoka szkoła jazdy, trzeba klękać, za to wstawanie z klęku sprawia już niemałe trudności.
9. Zawartość brzucha waży już ponad kilogram.
10. Sny są coraz głupsze, a sen o własnym słodkim dzieciątku, nareszcie, może, paradoksalnie, jeszcze bardziej przerazić, zwłaszcza, jeśli w tym śnie nie okazuje się człowiek najlepszym rodzicem.

poniedziałek, 21 października 2013

Bez ładu i składu.

Kobiety w ciąży dużo się martwią. Te co przed ciążą martwiły się już sporo w ciąży martwią się tyle, że gdyby ktoś im za to płacił, miały by niezłą sumkę. To "praca" na cały etat.
Poza tym, że dużo się martwią, dużo się denerwują. Zazwyczaj na złośliwości. Pewne dwie panie z różnych końców świata jednoznacznie twierdzą, że jeśli dziecko wejdzie w mamę, to będzie katastrofa, bo nie będzie obrotne ani nic. Najlepiej żeby weszło w "nie", wtedy będzie mądre inteligentne i miało same zalety. Osobiście mam na ten temat zdecydowanie odmienne zdanie, żeby złośliwie nie zabrzmieć, chociaż zabrzmię, szczerzę się przyłożę, żeby weszło jednak we mnie. Albo w męża. Na szczęście mąż jest po mojej stronie i również uważa, że bałagan w pokoju nie jest cechą świadczącą o szczęśliwym życiu, a w ogóle to maluch ma być mądry po mamie. Miło, że ktoś ma o mnie takie dobre zdanie nawet, jeśli w pewnym stopniu rolę odgrywa tu wspólne łóżko. Inne, złośliwe komentarze tylko napędzają mnie, przynajmniej aktualnie, do działania i sprawiają, że chcę bardziej.
A w ogóle to mam jeszcze dużo czasu żeby nauczyć się porządku i kilka osób, które podobnie jak ja uważają, że niektóre rzeczy przychodzą z czasem.
Okej, znowu pomarudziłam i napisałam prawie bez sensu. Przepraszam:)

niedziela, 20 października 2013

Trochę o... "urologii".

Sikam.
Pomijając, że B. zajął mi łazienkę, a ja zazwyczaj staram się by nie biegać co 5 minut do toalety, bo podobno trzeba ćwiczyć mięśnie Kegla i w ogóle to czasami się chce mocno. MOCNO. CO. 5. MINUT.
Normalnie odwiedziłabym dawno urologa, ale wiem, że to wina pewnej części ciała, która za kilka miesięcy będzie sobie przebywać w fioletowych rajstopkach z króliczkiem na... pieluszce. Nie mam na myśli swojej części ciała rzecz jasna. Ale mnie ta część troszkę "uwiera" w ten sposób. :P
Poza tym sikam, bo znalazłam coś co nie pozwoli mi znowu spać i przynajmniej do jutra, a może na dłużej odmieni moje życie. I nikt mi więcej nie powie, że nic nie robię i tylko w tym komputerze i komputerze, bo powiadam Wam, komputer potrafi odmienić człowiekowi życie, taką jest skarbnicą wiedzy. A B. już patrzył na mnie z tym swoim delikatnym uśmiechem i wcale nie musi mówić, ja już słyszę jego myśli mówiące do mnie "spokojnie móżdżku".
W okolicznościach wczorajszej rozmowy i nabytych nowych informacji, chcę jeszcze bardziej, a w ogóle to bardzo bym chciała powiedzieć, ale się boję, że zapeszę.
Oho, B. wrócił, taka jestem podjarana, że go zaraz wyściskam.

czwartek, 10 października 2013

O tym jak minął wrzesień.

Wrzesień to miesiąc, w którym B. miał wolne. Sporo wolnego, bo aż trzy tygodnie, które skrzętnie wykorzystaliśmy na... Nic. I mimo wszystko mogę powiedzieć, że to było bardzo udane nic, miło było spędzać z nim czas, zajmując się sobą wiedząc, że po prostu jest obok, zerknąć, dać buzi, czy coś(Tak, ciąża rzuca mi się widocznie na szare komórki i wrażliwość.).

Były jednak, a raczej dalej są pewne niedogodności za tym idące. To znaczy, miesiąc minął tak szybko, że mogę się przestawić, że już go nie ma. Taka byłam ucieszona, że rachunki do zapłacenia do 28, a taka zdziwiona, gdy przyszedł list, że nie są zapłacone. No tak, w końcu już PAŹDZIERNIK.

Podobno, poza wrażliwością i przeżywaniem chwil, w ciąży traci się też głowę. Mieszkając w Polsce z babcią, która ze względu na podeszły wiek, demencję starczą ma dość zaawansowaną, trochę się dziwiłam, gdy denerwowała się, że nic nie pamięta, a wszystko jej się gubi. Teraz dziwię się, że się dziwiłam, bo to poczucie dezorientacji, gdy dociera do człowieka fakt, że o czymś, bardzo ważnym lub śmiesznie głupim zapomniało, albo czegoś się po prostu nie ogarnia i jest jak małe dziecko, przeraża. Boję się, że niedługo zapomnę jak się mówi.

Ale za to moje rozmowy w sklepach i rejestracjach są nawet dowcipkujące, więc skoczyłam chyba poziom wyżej jeśli chodzi o blokady językowe. :) Może pójdzie z górki już?

A co do ciąży, to na koniec dodam jeszcze, że jestem tak szczęśliwa i zakochana, że chce mi się płakać, za to część mózgu, która normalnie rzygałaby już od tej słodyczy, miała chyba zwarcie, bo od dawna się nie udziela.

środa, 2 października 2013

Metoda.

Zażeram smutki. Tak to już ze mną jest. Jeśli czekolada znika w przeciągu 10 minut, a ja po zapiciu colą sięgam po następną, to znaczy, że mi źle. I może to wyjaśnia moje nadprogramowe kilogramy, te jeszcze przed ciążą, które tak prosto przyszło mi zdobyć w zaistniałych sytuacjach. Wiem, że teraz, odnalazłam miejsce w raju dzięki B., ale raj to nie zawsze samo szczęście i niestety nie da się mieć ciągle zamkniętych oczu na to co się dzieje w około.
Można mieć gdzieś cały czas wszelkie rady "życzliwe" jak ma się żyć, przymykać oko na powątpiewające spojrzenia kiedy robi się po swojemu i nie słuchać złośliwych komentarzy, które z pozoru są tylko wyrazami troski. Nie zmienia to jednak faktu, że wszelkie spojrzenia pełne urazy, albo brak spojrzeń celowo jakichkolwiek, a także inne cechy świadczące, że coś tu nie pasuje, słowa których słyszeć się nie miało, mimo wszystko, wprowadzają pewną niekomfortowość do dni codziennych, nawet jeśli w myśl zasady "jak nie powiesz to się nie domyślę", są ignorowane.
Jeśli dodać do tego problemy natury przyziemnej, jakie ma każdy samodzielny człowiek oraz wychodzący z tego tytułu cały pakiet dodatkowy, życie robi się naprawdę stresujące.
Więc tak oto siedzę z czekoladkami, które pochłonęłam zanim zdążyłam napisać pierwszy akapit  i po prostu się smucę. Bo zupa za słona, a tu ani do kogo zadzwonić, ani z kim pogadać, bo co to da?
Pozostaje zamknąć drzwi, udawać, że nie istnieję póki jeszcze mogę i otworzyć następne pudełko.

sobota, 14 września 2013

Oszczędny kot.

Kociałek jest bardzo wybredny, jeśli chodzi o jedzenie.
Nie ma nic przeciwko karmie z Lidla, jednak wybrane smaki omija szerokim łukiem, no chyba, że mam bardzo cierpliwy dzień(a raczej noc)i nie denerwuje mnie wcale jego zawodzenie, czy groźby w stylu "rozwalę wszystkie autka Twojego męża i będę rzucał się na szeleszczące przedmioty całą noc, jeśli w tej chwili mnie nie nakarmisz". Jest to dla mnie jednak spore utrapienie biorąc pod uwagę, że kupując hurtowo, w kartonach po 12 saszetek nie mam możliwości indywidualnie dobierać menu dla mojego kota.
Kasia poradziła mi, żebym spróbowała dać mu, od czasu do czasu, jakieś fajniejsze jedzenie, wzorem mamy B., ot tak, dla urozmaicenia smaku. Z racji, że akurat wybrałyśmy się do zoologicznego, szarpnęłam się na kilka różnych, droższych saszetek i, gdy Kociałek włączył wieczorne zawodzenie(spowodowane zapewne zazdrością na widok talerza parówek jaki sprawił sobie na kolację mój luby), postanowiłam spróbować i wyciągnęłam Gourmet Gold w cenie euro pięć za osiemdziesiąt gram.
Pomijając fakt, że nie wiem jak ludzie dają sobie radę z wyciśnięciem tego dziadostwa do miseczki, to moje zwierzę za nic nie chciało nawet powąchać, a tym bardziej skusić się na te "świeże kawałki prawdziwego mięsa". Powiem więcej, ten "cud"sprowokował go do zjedzenia nie lubianej, lidlowej saszetki z wołowiną w szalonej cenie dwudziestu centów.
Cóż, jedno jest pewne. Z takim kotem bankructwo nie grozi.

niedziela, 8 września 2013

Addicted to mugs in a beautiful living room.

Mam piękny salon, że aż strach. Po ohydnej pomarańczowej katastrofie nie ma już śladu, teraz jest ciemno-jasna elegancja. Trochę chłodno, czyli dokładnie tak jak lubię ja i jak się okazało nie tylko. Szczerze myślałam, że lepiej się odnajdę w bielach, ale w takim klimacie jest wyjątkowo dobrze. Oczywiście nie wszystko jest poustawiane, wielu rzeczy się pozbyłam, bo nie ładnie komponowały mi się z nowymi ścianami, przez co mam puste półki, aaaaaaale... Oznacza to również miejsce na nowe ozdoby i gadżety :)
Remont pokoju skłonił mnie również do zapalenia wszystkich świeczek jakie mam. Wiecie, kupuje się te zapachowe, bo pachną i promocja, ale potem użyć się nie chce, bo chwilę się popalą, wypalą i szkoda tylko tych pieniędzy co trzeba na nowe znowu(a oznacza to w przypadku tańszych świeczek, za często)wydać. Już wymyśliłam genialny pomysł, który na pewno zaprezentuję, jak już owe świeczki mi się wypalą:)

Zdjęcie obok to podsumowanie urodzin-nieurodzin.

Domownicy dowiedzieli się pod koniec dnia, że byłam szóstego jubilatką, każdy myślał, że ten wielki miś to prezent z okazji miesięcznicy. Niby takie 'lame', ale chciałabym celebrować miesięcznicę, spędzać dzień jakkolwiek inaczej niż zwykle. Jeszcze niedawno skwitowałabym to prychnięciem, gdybym usłyszała coś podobnego.
Kociałek na szczęście o miśka zazdrosny nie jest, ja domowników udobruchałam tymże oto ciastem, ze śliwkami, które było tak pyszne, głównie przez słodycz bezy u góry przełamaną kwaskowatością śliwek. A kubek, to mój prezent dla mnie, bo stary chociaż piękny i z kotem, to jednak ja mam Mug Addict.

wtorek, 3 września 2013

Słomiany zapał?

Muszę się jakoś ogarnąć z tymi notkami. Z życiem w ogóle. Mieliście kiedyś tak, że
plany planami, ale jak przychodzi co do czego i następuje wielki dzień, w którym
chcieliście coś zrobić, to coś was tak jakby uwiera, gdzieś tam z tyłu głowy, że nie
do końca wiadomo co to jest i o co chodzi, ale cały dzień mija na bezproduktywnie
niczym?

Jeśli tak, witajcie w klubie, jeśli nie, wszelkie rady mile widziane.

Głęboko wierzę, że da się w sobie wyrobić nawyk "robienia", czyli nieustawania w
miejscu. W końcu tacy ludzie jak Alina, założę się, że mają bardzo niewiele momentów,
w których nie wiedzą od czego zacząć w rezultacie nie zaczynają niczego. Jeszcze nie
wpadłam na złoty sposób, który zamieniłby mnie w Marthę Stuart, mogę jednak śmiało
powiedzieć, że jest ze mną lepiej niż rok temu.
Wiem, że dalej nie ukończony Challenge działa tu na moją niekorzyść, ale ponieważ
jestem mistrzem zaczynania czegoś i nie docierania do końca, postanowiłam, że go
skończę, ale na trochę innych zasadach.

Mam ledwie kilka miesięcy czasu, by wyrobić w sobie różne dobre nawyki, zanim nawał
obowiązków i pieluch wynikających z niezorganizowania przykryje mnie na dobre i
zapomnę nawet o tym by się podrapać po ... gdziekolwiek:).

Paradoksem jest fakt, że uwielbiam planować i robić listy zadań. Odprężają mnie i
poprawiają humor (serio!). Kiedyś kończyło się to po prostu napisaniem i kartka więdła
na stole, albo gdzie indziej, teraz, co prawda dalej zbyt optymistycznie podchodzę do
tematu i wymyślam sobie mnóstwo zadań, naiwnie wierząc, że naprawdę je wykonam, jednak
mogę z dumą stwierdzić, że zazwyczaj dwie trzecie takich podpunktów zostaje
odchaczonych:).


Oczywiście, ZAWSZE mam jakąś genialną wymówkę, dlaczego nie wywiązałam się ze swoich
postanowień. Ostatnio znowu góruje u mnie to, że śpię AŻ do 9. Naprawdę chciałabym
wstawać np o szóstej i pić sobie kawę o poranku, ale moje ciało i umysł o tej porze
mówią mi, że jestem nienormalna.

Macie jakieś inne wymówki, których często używacie? Może bym je mogła wykorzystać jak
już moja z wstawaniem już mi się znudzi:).

niedziela, 25 sierpnia 2013

Stary ciuch, nowe wydanie.

Razem z B. wybraliśmy się na flohmarkt. Pogoda jest okrutna, leje, z przerwami na leje jak z cebra, odwiedziliśmy więc tylko Polki, co by zakupić trochę świeżej prasy i biedronkowy gulasz angielski. Chciałam wyciągnąć go na spacer(Męża, nie gulasz), ale tak sobie myślę, że bieganie z parasolką po targu, też można zaliczyć do aktywności fizycznej na świeżym powietrzu :). Nie ukrywam również, że kocham taką pogodę, bo przypomina mi, że jesień jest blisko. Kasia odkryła nawet ostatnio pożółkłe liście, mogę więc napisać, że u nas, mimo gigantycznych upałów i zagrożenia pożarowego w zeszłym tygodniu, jesień się już zaczęła.


Ponadto, dziś jest pierwszy dzień, w którym ubrałam golf. Mój, zeszłosezonowy, luźny i noszony zazwyczaj do legginsów, szary golf. Teraz jest obcisłym, nieopatrznie założonym do legginsów, szarym sweterkiem, który opina mnie i muszę przyznać już nie da się nie zauważyć że mam z przodu kangurzą torbę:). W dodatku, zaczynają mnie spotykać uśmiechy pań, którym na widok mojego bębenka rozjaśnia się twarz. Nie powiem, fajne uczucie, nie spodziewałam się, chociaż kiedyś sama byłam osobą, która lekko się uśmiechała widząc ciężarną kobietę. 


No i czekam na kasztany. Kiedy jest sezon na kasztany? Muszę namówić B., na robienie kasztanowych ludków:)

czwartek, 8 sierpnia 2013

Wedding Tag.

Nie miałam za bardzo pomysłu na notkę jakoś odnośnie mojego ślubu, gdy dochodzi do jakiś ceremonii lub wielkich wydarzeń nie bardzo jestem w ogóle wykrzesać z siebie coś ciekawego. Pomyślałam jednak, że w ten sposób mogę nieco streścić ten wielki dzień i zrobić to w dość nietypowy sposób:).






1. Jak ma na imię Twój mąż/narzeczony
Mój mąż ma na imię Bartek, chociaż tutaj znany jest głównie jako B. i nie sądzę, że to się zmieni, chyba, że wymyślę mu jakąś ksywkę a propo jego obecnego stanu cywilnego :))

2. Skąd wiedziałaś, że jest "tym jedynym"
Nie miałam jakiegoś takiego "pyk", ale pierwszy raz kiedy tak pomyślałam był dosyć wcześnie, mianowicie na jednej z pierwszych spotkań(nie randek), poszliśmy do McDonalda na szybką przekąskę. Miałam dość dobry humor i zapytałam go wtedy czy zrobi ze mną makiete 3d na tacy z ketchupu i frytek(tak to jest do zrobienia). Spodobał mi się jego entuzjazm i brak tekstów w stylu "a co jak nas wygonią?" albo "jesteśmy już na to za starzy" - był gotowy na taki wygłup ze mną, nawet jeśli ludzie mieli by na nas patrzeć krytycznie.

3. Jak wyglądały zaręczyny?
Mimo, że o ślubie decyzję podjęliśmy dużo wcześniej, bo jakieś dwa miesiące, B. wiedział i chciał oświadczyć się w sposób tradycyjny. Jednocześnie wydawało się to ciężkie w wykonaniu, jako, że przecież łatwo mogłam się domyślić. O dziwo jednak, nie domyśliłam się wcale, może dlatego, jak niewinnie się zapowiadał wieczór, wyszliśmy po prostu coś zjeść, ja kompletnie nie ubrana ani nie pomalowana, jeszcze nie do końca radząca sobie z pierwszymi ciążowymi dolegliwościami i w ogóle z wiedzą, że jestem w liczbie mnogiej. B. wybrał miejsce do którego zawsze chciałam się wybrać, ale jakoś nigdy nie było okazji i naprawdę wszystko przebiegało nadzwyczaj normalnie, aż gdy poszedł zapłacić i wrócił z bukietem kwiatów i padnięciem na kolano, dopiero domyśliłam się co i jak. Muszę przyznać że jak na okoliczności udało mu się to świetnie, wszystko dzięki małej pomocy M., u której mój mąż zaczerpnął konsultacji :).

4. Komu powiedziałaś najpierw?
O zaręczynach oczywiście pierwsza dowiedziała się M., ze względu na jej pomoc, musiała znać relację z pierwszej ręki:). Natomiast co do samego ślubu, szczerze nie mam pojęcia, ale chyba mama usłyszała ode mnie magiczne "wychodzę za mąż". 

5. Jaka jest/była data ślubu.
  Data ślubu to 3.08.2013, a 6 lat wcześniej, również w sierpniu, była nasza pierwsza randka:)

6. W jakim wieku wyjdziesz/wyszłaś za mąż.
Wyszłam za mąż mając 21 lat, miesiąc przed moimi 22 urodzinami:).

7.Jak wielu gości będzie/ było?
Ślub jak i całe after party(celowo unikam słowa "wesele")było bardzo skromne i kameralne, nie było nawet 20 osób!

8.Czy macie/mieliście DJa lub zespół?
Owszem, jeśli za takiego można uznać sprzęt grający:)

9.Kto był drużbą(świadkiem)?
Brat B.

10. Kto był druhną(świadkową)?
Świadkową była Zu.

11.Kto był flower girl a kto niósł obrączki?
Jak wspominałam ślub był bardzo kameralny, a do tego cywilny, darowaliśmy sobie więc flower girl, trzymając ją na kościelny ślub, natomiast obrączki do urzędu zaniósł naturalnie świadek:)

12. Jaki był tort?
        Tort był słodki, różowy, malinowy:)

13.Czy były jakieś specjalne ceremonie albo przemowy?
Absolutnie nie!:)

14. Jakie było jedzenie?
        Nie było potrzeby zamawiać cateringu itp, w planach miałam gotować osobiście, podobnie zreszta jak zrobić tort od czego na koniec końców zostałam odwiedziona. Nie gotowałam w końcu również nic z racji tego, że przyjechała moja mama i sama większość, do tego prawie w pięć minut wszystko wyczarowała:)

15. Fotograf lub Kamerzysta?
Filmu ze ślubu nie posiadamy, a role fotografa pełniła Zu, której oboje jesteśmy bardzo wdzięczni:)

16. Czy chcesz miesiąc poślubny?
Och tak! Chociaż szczerze mówiąc prędzej trafi nam się weekend poślubny, ale dni po ślubie są już jak taki miesiąc, dajemy sobie tyle czułości, że ludzie w okolicy mdleją z nadmiaru tęczy:).

17. Czy planujesz mieć dzieci?
        Planowaliśmy, że będziemy je mieć kiedyś, w przyszłości, jednak wyszło jak wyszło i jedno już jest w drodze:)

18. Czy uważasz, że wasze małżeństwo przetrwa?
Wiem, że wszystko się w życiu dzieje, ale gdybym nie uważała, że warto zaryzykować, na pewno bym tego nie zrobiła:)

19. Czy jesteś szczęśliwa?
Owszem:)

20. Jaką radę możesz dać komuś?
Zróbcie to z kimś, dla kogo warto zaryzykować bycie rozwódką po roku ;)))






PS. Przez ten cały ślub i brak organizacji zaniedbałam bloga jak i 30 days photography challenge, ale co się odwlecze to nie uciecze, poprawię się !

poniedziałek, 22 lipca 2013

Nadrabianie zaległości.


 6. Obsession - Czyli lakiery do paznokci. Ci co mnie znają nie powinni być zaskoczeni;p

 7. Changes to come - Obviously, nasz mały dinozaur:)

8.  Routine - Czyli co tygodniowy wypad na Flohmarkt i przeglądanie wszystkich możliwych filiżanek w poszukiwaniu Rosenthala dla mamy. Tą udało mi się znaleźć w ostatnią niedzielę:)

9.  Someone you love - Czyli ten mój kochany, wstydliwy, złośliwy, ale jakże uroczy, słodki i zabawny!

 10. Childhood Memory - Zdecydowanie wata cukrowa:) Baj de łej, czy ten urwany kawałek nie przypomina Wam tego królika z obrazka?:)

11. Something blue - Bardziej niebiesko w moim życiu zaczyna się robić dopiero odkąd poinformowano mnie, że całkiem do twarzy mi w pewnym odcieniu. Niezmiennie jednak, ta paczka chusteczek po kocie, B., i kilku innych rzeczach jest najbliżej mnie odkąd moim życiem rządzą hormony. Tu, podczas oglądania Supernatural. Tak, SPN mnie wzrusza. :P

12. Sunset - Lepszego zachodu słońca niestety nie dało się uchwycić, ale biorąc pod uwagę jak światło pada na Domek sąsiadów jest to zdecydowanie zachód:)

13. Cannot Live Without - Kociałek oczywiście, chociaż nie daje spać bo miauczy, poluje na wędline z blatu i jest gotowy walczyć z folią aluminiową o Bartkowe kanapki do pracy, chociaż jest strasznie upierdliwy, zrzędzący, złosliwy a na psa warczy jak dobermann, nie wyobrażam sobie życia bez niego.



Jesli chodzi o pozostałości, właśnie dziś zakupiłam pierwsze ciuszki ciążowe:) A poza tym planowanie, planowanie i jeszcze raz planowanie, w końcu ślub coraz bliżej! Dzięki Bogu, mieszczę się dalej w kieckę ślubną:)