środa, 24 kwietnia 2013

Łóżkowa walka o przetrwanie.


Z racji, że jestem Prawie Wzorową Przyszłą Żonką, to wstaję rano o trzeciej, razem z B., zrobić mu kanapki do pracy. Oczywiście, mogłabym to zrobić również dzień wcześniej wieczorem, ale wtedy nie mogłabym mu dać buzi i życzyć udanego dnia w pracy , bo by mi się dupy ruszyć nie chciało, chyba, że tylko po to, by zająć jego miejsce na łóżku, bo ciepło.

B. posiada (posiadaMY, posiadaMY) pościel tylko w rozmiarach pojedynczych toteż musimy spać pod dwiema kołdrami. Jedna z nich jest nawleczona w taką śliczną, śliską i kurewsko zimną, zwłaszcza o poranku, satynową poszewkę. Z początku nie miałam nic przeciwko, żeby pod nią spać, kiedy mój luby powiedział przymilnym głosikiem, że jasne, proszę bardzo, on i tak woli tą dość zwyczajną, w różne odcienie pomarańczu. Problem pojawił się, kiedy wtulenie się z niego ze złączonymi dwiema kołdrami okazało się nie możliwe, bo to piękne coś, ciągle ze mnie zjeżdżało. Chociaż tutaj jest praktycznie wiosna, drzewka zakwitły i w ogóle, a wczoraj podczas powrotu robiliśmy prawie zimny łokieć do Black Eyed Peas(kiedy ja jestem w aucie to JA jestem DJ-em), to jednak ja jestem zmarźluch i nawet przy temperaturze 30+ muszę być opatulona po szyję.
Jak tylko jednak, ostatnie drzwi się za nim zamkną, pędzę do łóżka z zamiarem wślizgnięcia się na nie swoją, prawą stronę łóżka. Zazwyczaj wtedy czeka już na mnie Kotałek z miną „Taki chuj, ja tu leżę.”, rozwalony na całej poduszce, a, że kot wyjątkowo mały, to wyciąga się, by jak najwięcej kołdry też zająć.
I wtedy zaczyna się walka.

Ja próbuję delikatnie, cichaczem, podebrać trochę pościeli, ale jak tylko się zbliżam, zwierzę z niewinną miną wyciąga się akurat koło miejsca gdzie mam palec, wyciągając pazurki. Łapię aluzję „Spierdalaj”, ale próbuję dalej. Wsuwam nogi pod kołdrę, najpierw jedną potem drugą, następnie trochę brzucha, przesuwam w swoją stronę i napotykam krytyczny wzrok Kotałka. On wyznaje taką zasadę, że jak jest pierwszy, to jest jego teren. Jak w dżungli.
Wiadomo oczywiście kto za każdym razem wygrywa takie starcie (nie, nie on), ale za to mści się na mnie prze okrutnie, łażąc z pokoju do pokoju i miaucząc , jakby mu nie przeszkadzało, że i tak dzwoni swoimi dzwoneczkami przy obróżce.
Bo kot ma teraz obróżkę. Z racji tego, że jest czarny, w nowym miejscu, a miejsce spore, Kotałek chodzi z dzwoneczkiem, żeby w razie co, nie siać paniki, tylko zorientować się gdzie mniej więcej przebywa. Dzwoneczek jest jeszcze z szelek wyjazdowych, obróżkę za to wybrał B., razem z bratem, który wymyślił Kotałkowi nowy przydomek. Błyskotliwy Kot. Bo obroża jest ze srebrnego brokatu. Swoją drogą, trochę szkoda, że, mimo swojej inteligencji, zwierzak potrzebował dopiero roznosić brokat wszedzie, gdzie tylko pójdzie, żeby zyskać taki tytuł.
Ja nazywam go teraz Dzwoneczkiem, z racji tego, że chodzi i zostawia za sobą ten szit niczym ta mała blondynka z Piotrusia Pana.
No i dlatego, że dzwoni, ale to nie był wcale istotny szczegół :) .
I kupiłam kwiatka! Kalię. Any ideas, jak dbać o takie cudo?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz