niedziela, 21 kwietnia 2013

Polka na emigracji.

Przyjechał, przypomniał, zabrał, a to wszystko w dwa tygodnie. Ot, cała historia. Dość niezwykła, nadająca się niewątpliwie na komedię romantyczną, ale nie będę o niej teraz opowiadać, może przy innej okazji, potem.  Tak czy siak, minęły dwa tygodnie, w ciągu których B. sprawił, że podjęłam decyzję o wyprowadzce do innego kraju, bez języka, pracy i szkoły.

Wyjechaliśmy około dwudziestej drugiej, chociaż planowo miało być o dwudziestej. Nikt nie przewidział jednak, że jak wyjmę torbę z kartonu, okażę się, że jest ona zwyczajnie OSZCZANA. Kotałek chyba przeczuwał co się dzieje i, że czeka go minimum dwanaście godzin autem. W każdym razie my musieliśmy latać na ostatnią chwilę po sklepach i szukać jakiegokolwiek zamiennika, żeby było się w co pakować
Z tego miejsca chcę powiedzieć: Boże, pobłogosław chińskie markety! I, chociaż nie zmieściło się wszystko co chciałam zabrać, dopomogły kauflandowskie reklamówki i pozostało tylko ruszać w drogę!

Nie powiem, że to była łatwa podróż, zwłaszcza dla kogoś, kto nie śpi od siódmej rano i wybiera się po dwudziestej drugiej jakieś tysiąc sto kilometrów na południowy zachód. Udało nam się zrobić jedną, dwugodzinną drzemkę, ale nie wystarczyła ona na długo, toteż limit energetyków na rok 2013 uważam za wyczerpany Przypuszczam, że moja wątroba i nerki będą do siebie dochodzić jakiś tydzień, zanim zaczną względnie funkcjonować.
Podziwiam za to B., bo ja, chociaż bardzo się broniłam, przysnęłam dwa razy na jakieś piętnaście minut, a on dzielnie trzymał się kierownicy, mimo, że było widać, że nie jest mu lekko. Poza tym, taka  podróż jest bardzo edukacyjna. Dowiedzieliśmy się na przykład, że Kotałek, mimo młodego wieku i niewielkich rozmiarów musi mieć spore płuca i dużo samozaparcia, bo przez bite dwie godziny głośno polemizował z naszą decyzją o wsadzeniu go do transportera. Przekrzyczał nawet radio i nie najcichszy znowu , zwłaszcza przy dużych prędkościach silnik samochodu Potem, kiedy myśleliśmy, że w końcu się zmęczył, ten uaktywnił się na nowo. Kocham tego kota, strasznie, ale przysięgam, od tego zawodzenia miałam ochotę potrząsnąć tym transporterem albo schować go z nim do bagażnika
Okazało się jednak, że wystarczy go wziąć na smycz i trzymacz na kolanach, żeby nawet zaczął mruczeć z przyjemności. Pomijając ten moment, kiedy tuż po przekroczeniu granicy, przestraszył się kontroli policyjnej, obsikując mnie, pół transportera i sporą część swoich chrupek.
Poza tym było naprawdę spoko.

To tyle, jeśli chodzi o podróż, o drugiej części dnia napiszę kiedy indziej, czyli, jak rozpakują się do końca i ogarnę:).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz