sobota, 22 czerwca 2013

Regały, wichura i kot.

Doczekałam się regałów. Właściwie to mam je od dobrych kilku dni, ale dziś, wreszcie, doczekałam się ich złożenia. Konkretniej składania. B., siedzi teraz pośrodku pokoju, próbując ustalić które części i śrubki są od czego. Muszę przyznać, że podziwiam go, biorąc pod uwagę, że instrukcji obsługi w zestawie nie było, a na dwa, wydawać by się mogło, nieskomplikowane regały jest spory worek śrubek i to nie takich zwykłych, bo część z nich widzę pierwszy raz na oczy, a naprawdę wydawało mi się, że co jak co, ale wiem jak wygląda śrubka. Jednak człowiek uczy się całe życie.

Po wichurze, jaka miała miejsce kilka dni temu(albo przedwczoraj, szczęśliwi czasu nie liczą), nie ma już śladu, jeśli nie liczyć tego, że ogród bez namiotu naprawdę dziwnie wygląda. No i nie mamy lampy(to znaczy mamy, ale stłuczoną). No i pogoda jest normalna, a nie jakiś chory ukrop, że wielbłądy by pomarły od tego słońca.
No i Kociałek utyka.
Muszę przyznać, że jeśli będę tak przeżywać w kwestii swojego dziecka, to może lepiej się już oddam do psychiatryka. Wczoraj usłyszałam z podwórka moje zwierzę jak przeciągle miauknęło i w te
pędy poleciałam na dół, żeby go zabrać do domu, bo może coś sobie nadwyrężył. Kot chodzi i miauczy, tłumaczę sobie, że wszystko w porządku, ale serce mi się kroi jak patrzę na niego, chodzącego na trzech łapach.
Tak po prawdzie to chyba z dzieckiem nie będzie tak źle, biorąc pod uwagę, że(mam nadzieję)będzie się mnie względnie słuchać. W końcu po kocie nie mam co się spodziewać na reagowanie na komendy, to ani pies, ani rozumiejący mowę człowiek.
Poza tym to nawet samochody przetrwały dzielnie spadające dachówki, więc można powiedzieć: szczęście w nieszczęściu.