sobota, 14 września 2013

Oszczędny kot.

Kociałek jest bardzo wybredny, jeśli chodzi o jedzenie.
Nie ma nic przeciwko karmie z Lidla, jednak wybrane smaki omija szerokim łukiem, no chyba, że mam bardzo cierpliwy dzień(a raczej noc)i nie denerwuje mnie wcale jego zawodzenie, czy groźby w stylu "rozwalę wszystkie autka Twojego męża i będę rzucał się na szeleszczące przedmioty całą noc, jeśli w tej chwili mnie nie nakarmisz". Jest to dla mnie jednak spore utrapienie biorąc pod uwagę, że kupując hurtowo, w kartonach po 12 saszetek nie mam możliwości indywidualnie dobierać menu dla mojego kota.
Kasia poradziła mi, żebym spróbowała dać mu, od czasu do czasu, jakieś fajniejsze jedzenie, wzorem mamy B., ot tak, dla urozmaicenia smaku. Z racji, że akurat wybrałyśmy się do zoologicznego, szarpnęłam się na kilka różnych, droższych saszetek i, gdy Kociałek włączył wieczorne zawodzenie(spowodowane zapewne zazdrością na widok talerza parówek jaki sprawił sobie na kolację mój luby), postanowiłam spróbować i wyciągnęłam Gourmet Gold w cenie euro pięć za osiemdziesiąt gram.
Pomijając fakt, że nie wiem jak ludzie dają sobie radę z wyciśnięciem tego dziadostwa do miseczki, to moje zwierzę za nic nie chciało nawet powąchać, a tym bardziej skusić się na te "świeże kawałki prawdziwego mięsa". Powiem więcej, ten "cud"sprowokował go do zjedzenia nie lubianej, lidlowej saszetki z wołowiną w szalonej cenie dwudziestu centów.
Cóż, jedno jest pewne. Z takim kotem bankructwo nie grozi.

niedziela, 8 września 2013

Addicted to mugs in a beautiful living room.

Mam piękny salon, że aż strach. Po ohydnej pomarańczowej katastrofie nie ma już śladu, teraz jest ciemno-jasna elegancja. Trochę chłodno, czyli dokładnie tak jak lubię ja i jak się okazało nie tylko. Szczerze myślałam, że lepiej się odnajdę w bielach, ale w takim klimacie jest wyjątkowo dobrze. Oczywiście nie wszystko jest poustawiane, wielu rzeczy się pozbyłam, bo nie ładnie komponowały mi się z nowymi ścianami, przez co mam puste półki, aaaaaaale... Oznacza to również miejsce na nowe ozdoby i gadżety :)
Remont pokoju skłonił mnie również do zapalenia wszystkich świeczek jakie mam. Wiecie, kupuje się te zapachowe, bo pachną i promocja, ale potem użyć się nie chce, bo chwilę się popalą, wypalą i szkoda tylko tych pieniędzy co trzeba na nowe znowu(a oznacza to w przypadku tańszych świeczek, za często)wydać. Już wymyśliłam genialny pomysł, który na pewno zaprezentuję, jak już owe świeczki mi się wypalą:)

Zdjęcie obok to podsumowanie urodzin-nieurodzin.

Domownicy dowiedzieli się pod koniec dnia, że byłam szóstego jubilatką, każdy myślał, że ten wielki miś to prezent z okazji miesięcznicy. Niby takie 'lame', ale chciałabym celebrować miesięcznicę, spędzać dzień jakkolwiek inaczej niż zwykle. Jeszcze niedawno skwitowałabym to prychnięciem, gdybym usłyszała coś podobnego.
Kociałek na szczęście o miśka zazdrosny nie jest, ja domowników udobruchałam tymże oto ciastem, ze śliwkami, które było tak pyszne, głównie przez słodycz bezy u góry przełamaną kwaskowatością śliwek. A kubek, to mój prezent dla mnie, bo stary chociaż piękny i z kotem, to jednak ja mam Mug Addict.

wtorek, 3 września 2013

Słomiany zapał?

Muszę się jakoś ogarnąć z tymi notkami. Z życiem w ogóle. Mieliście kiedyś tak, że
plany planami, ale jak przychodzi co do czego i następuje wielki dzień, w którym
chcieliście coś zrobić, to coś was tak jakby uwiera, gdzieś tam z tyłu głowy, że nie
do końca wiadomo co to jest i o co chodzi, ale cały dzień mija na bezproduktywnie
niczym?

Jeśli tak, witajcie w klubie, jeśli nie, wszelkie rady mile widziane.

Głęboko wierzę, że da się w sobie wyrobić nawyk "robienia", czyli nieustawania w
miejscu. W końcu tacy ludzie jak Alina, założę się, że mają bardzo niewiele momentów,
w których nie wiedzą od czego zacząć w rezultacie nie zaczynają niczego. Jeszcze nie
wpadłam na złoty sposób, który zamieniłby mnie w Marthę Stuart, mogę jednak śmiało
powiedzieć, że jest ze mną lepiej niż rok temu.
Wiem, że dalej nie ukończony Challenge działa tu na moją niekorzyść, ale ponieważ
jestem mistrzem zaczynania czegoś i nie docierania do końca, postanowiłam, że go
skończę, ale na trochę innych zasadach.

Mam ledwie kilka miesięcy czasu, by wyrobić w sobie różne dobre nawyki, zanim nawał
obowiązków i pieluch wynikających z niezorganizowania przykryje mnie na dobre i
zapomnę nawet o tym by się podrapać po ... gdziekolwiek:).

Paradoksem jest fakt, że uwielbiam planować i robić listy zadań. Odprężają mnie i
poprawiają humor (serio!). Kiedyś kończyło się to po prostu napisaniem i kartka więdła
na stole, albo gdzie indziej, teraz, co prawda dalej zbyt optymistycznie podchodzę do
tematu i wymyślam sobie mnóstwo zadań, naiwnie wierząc, że naprawdę je wykonam, jednak
mogę z dumą stwierdzić, że zazwyczaj dwie trzecie takich podpunktów zostaje
odchaczonych:).


Oczywiście, ZAWSZE mam jakąś genialną wymówkę, dlaczego nie wywiązałam się ze swoich
postanowień. Ostatnio znowu góruje u mnie to, że śpię AŻ do 9. Naprawdę chciałabym
wstawać np o szóstej i pić sobie kawę o poranku, ale moje ciało i umysł o tej porze
mówią mi, że jestem nienormalna.

Macie jakieś inne wymówki, których często używacie? Może bym je mogła wykorzystać jak
już moja z wstawaniem już mi się znudzi:).