środa, 30 października 2013

Tydzień 28.


Czyli moje luźne refleksje odnośnie kolejnego tygodnia mojej ciąży.

1. Rozrastająca się miednica(albo przesuwająca, cokolwiek) to nie jest miłe uczucie.
2. Z serii sen: Kiedy Twojego męża goni mafia i musicie oboje skoczyć z wieżowca i w ostatniej chwili Ty rezygnujesz, a on nie, możesz obudzić się z wyrzutami sumienia, chociaż to był tylko sen.
3. Lakier piaskowy świetnie nadaje się na pedikiur ze względu na trwałość. Polecany, kiedy malować paznokcie chcesz jak najrzadziej(bo to zbyt męczące lub niewykonalne).
4. Ciepła kurtka, szalik i czapka to bardzo fajny zestaw na spacery i w końcu mogę się poczuć jak bałwan z Tabalugi, co wbrew pozorom jest dość zabawnym i miłym uczuciem. Albo Bańka Wstańka.
5. Odkryłam, że jak ktoś ma kiepskie geny, to może się kąpać w olejkach i kremach, rozstępy i tak się pojawią. Nawet jeśli człowiek smaruje się 5 razy dziennie i używa trzech różnych firm kremów.
6. Co za tym idzie, skóra na brzuchu potrafi tak swędzieć, że gdyby nie zdrowy rozsądek, dawno dokopałabym się pazurami do bobasa.
7. Albo zrobiłam się dramatycznie wybredna, albo moda dziecięca jest bardzo uboga. Prawie nic się nie podoba, a ciuszki dla dziewczynek sprowadzają się po prostu do tego, że są różowe. Mdło różowe.
8. Myślałam, że to ja się lenie, ale biorąc pod uwagę ilość, długość i częstotliwość postów przyszłych mam na forum "przyszłe mamy", to one chyba nie odrywają rąk od klawiatury.
9. Przytyłam w tym tygodniu pół kilo. Mimo, że wiem, że to tak naprawdę nie do końca ja przytyłam i, że to normalne, to dalej myślę "o zgrozo" gdy staję na wagę. I strach przed TĄ liczbą, robi się coraz bardziej niewydumany.
10. Mam apetyt na wszystkie rzeczy z gatunku "zdrowe" i "nieprzetworzone", w ogromnych ilościach. Jak chociażby kilo śliwek. Wcale to jednak nie oznacza, że Kinder Bueno w szafce ze słodyczami jest bezpieczne. Oho i po co sobie przypomniałam?

wtorek, 29 października 2013

American Dream.

Kilka ładnych lat temu, jeszcze zanim spotkałam męża po raz pierwszy, bardzo chciałam uciec. Nic specjalnego, każdy ma taki okres w życiu kiedy ze złością pakuje walizki, a zamykając oczy jest w wymarzonym miejscu, otaczając się ludźmi, rzeczami, które dane miejsce "symbolizują". Moim miejscem były Stany Zjednoczone. Raz, że daleko, dwa, że był wtedy szał na Pussycat Dolls i wyobrażałam sobie klimatyczne ulice Nowego Jorku, albo Los Angeles pełne możliwości, nadziei i pięknych ludzi.
Mówi się, że możliwości stwarzamy sobie sami. Wystarczy spojrzeć na każdą osobę, która osiągnęła sukces, jakikolwiek, by przekonać się, że nie wszystko co robiła wypalało. Jednak tych ludzi łączy też fakt, że robili. Zwyczajnie, dużo, czegokolwiek.
O nadziei nie będę się rozpisywać, bo ma ją każdy, nawet jeśli nie dotyczy ona miejsca w życiu , w którym aktualnie się znajdujemy, ale chciałabym jeszcze wspomnieć o pięknych ludziach, bo to przez nich zaczęłam teraz pisać, przypomniałam sobie co czułam zamykając oczy.
Wygląd zawsze był ważny. Zawsze jest ważny. Nie mam na myśli wagi, figury, konkretnych ciuchów. Wygląd zmienia jednak to jak się czujemy ze sobą. Jeśli uważamy, że wyglądamy dobrze, poświęciłyśmy sobie chociaż minimum czasu, czy to na makijaż, czy na relaksację w kąpieli, pomimo kłopotów dnia codziennego lub problemów, od razu mamy więcej pewności siebie, energii i lepszy humor niż jakbyśmy gniły do 12 w piżamie. Paradoksalnie, zazwyczaj wtedy o wiele bardziej chcemy dbać o siebie.
Trafiłam dziś na coś co zapachniało właśnie Stanami. Na piękne kobiety, różne, ale zawsze zadbane. Zmieniające sobą otoczenie, nie wyglądem, ale tym jak się czują ze sobą. Skłoniło mnie to do chwili refleksji.

To wszystko brzmi prosto, ale nie będę oszukiwać, że nie mam dni, jak teraz, w których pomalowanie paznokci jest dla mnie dużym osiągnięciem. W końcu, wczoraj to zrobiłam, po chodzeniu tydzień w czerwonych pozostałościach po poprzednim manicure. Nie chciało mi się jednak ich wypiłować. Non stop chodzę w koku, bo jest prosty szybki i nawet jeśli nie rozczeszę dziś włosów nikt tego nie zauważy.
Mogłabym tak jeszcze trochę wymieniać, ktoś  może złapać się za głowę i powiedzieć, o matko, ale wiem, że dla nikogo nie jest to obce.
Wnioski zostawiam.

środa, 23 października 2013

Tydzień 27.

A ja znowu o ciąży, przepraszam. Przez rozrastający się brzuch (i tyłek) jestem tak monotematyczna, że jeśli dlatego ludzie nie chcą ze mną rozmawiać to naprawdę, jestem skłonna zrozumieć. Do tego, współczuję tym, co ze mną jeszcze rozmawiają i często odczuwam poczucie winy za zanudzanie innych nawet małymi wzmiankami w tym temacie. Postanowiłam więc ograniczyć się do podsumowań tygodnia.

Więc tak:
1. Podjęłam ostatnią próbę zrobienia pedikiuru. Powiem jedno: B. będzie musiał albo się przełamać i zacząć mnie wyręczać albo wysłać do kosmetyczki, bo coś czuję, że jak nie doświadczę jeszcze jednego pedi do porodu, to będę musiała jechać do szpitala na boso, jak hobbit albo płonąć żywcem ze wstydu na myśl resztkach lakieru na paznokciach u stóp, które na pewno podniosą moją pewność siebie przed kimkolwiek kto będzie miał okazję go zobaczyć.
2. Sikanie do kubeczka nie jest już takie łatwe i przyjemne kiedy nie możesz dosięgnąć ręką z kubeczkiem tam gdzie trzeba.
3. Wobec powyższego trzeba również rozważyć alternatywę dla maszynki do golenia, bo może skończyć się tragicznie.
4. Słowa lubego, takie jak "tylko czasami?" na stwierdzenie, że czasem trzeba powiedzieć kobiecie, że wcale nie jest gruba jak marudzi na wygląd, nawet jeśli trzeba skłamać, przestają nagle bawić, a powodują łzy. Nawet jeśli wiesz, że nie miał nic złego na myśli.
5. Nawet jeśli cały świat nie miał nic złego na myśli, bardzo łatwo jest się rozkleić.
6. Muminki też rozklejają.
7. Kończyny latorośli zaczynają uwierać jeszcze bardziej utrudniając podstawowe czynności, takie jak zakładanie spodni.
8. Kucanie to już za wysoka szkoła jazdy, trzeba klękać, za to wstawanie z klęku sprawia już niemałe trudności.
9. Zawartość brzucha waży już ponad kilogram.
10. Sny są coraz głupsze, a sen o własnym słodkim dzieciątku, nareszcie, może, paradoksalnie, jeszcze bardziej przerazić, zwłaszcza, jeśli w tym śnie nie okazuje się człowiek najlepszym rodzicem.

poniedziałek, 21 października 2013

Bez ładu i składu.

Kobiety w ciąży dużo się martwią. Te co przed ciążą martwiły się już sporo w ciąży martwią się tyle, że gdyby ktoś im za to płacił, miały by niezłą sumkę. To "praca" na cały etat.
Poza tym, że dużo się martwią, dużo się denerwują. Zazwyczaj na złośliwości. Pewne dwie panie z różnych końców świata jednoznacznie twierdzą, że jeśli dziecko wejdzie w mamę, to będzie katastrofa, bo nie będzie obrotne ani nic. Najlepiej żeby weszło w "nie", wtedy będzie mądre inteligentne i miało same zalety. Osobiście mam na ten temat zdecydowanie odmienne zdanie, żeby złośliwie nie zabrzmieć, chociaż zabrzmię, szczerzę się przyłożę, żeby weszło jednak we mnie. Albo w męża. Na szczęście mąż jest po mojej stronie i również uważa, że bałagan w pokoju nie jest cechą świadczącą o szczęśliwym życiu, a w ogóle to maluch ma być mądry po mamie. Miło, że ktoś ma o mnie takie dobre zdanie nawet, jeśli w pewnym stopniu rolę odgrywa tu wspólne łóżko. Inne, złośliwe komentarze tylko napędzają mnie, przynajmniej aktualnie, do działania i sprawiają, że chcę bardziej.
A w ogóle to mam jeszcze dużo czasu żeby nauczyć się porządku i kilka osób, które podobnie jak ja uważają, że niektóre rzeczy przychodzą z czasem.
Okej, znowu pomarudziłam i napisałam prawie bez sensu. Przepraszam:)

niedziela, 20 października 2013

Trochę o... "urologii".

Sikam.
Pomijając, że B. zajął mi łazienkę, a ja zazwyczaj staram się by nie biegać co 5 minut do toalety, bo podobno trzeba ćwiczyć mięśnie Kegla i w ogóle to czasami się chce mocno. MOCNO. CO. 5. MINUT.
Normalnie odwiedziłabym dawno urologa, ale wiem, że to wina pewnej części ciała, która za kilka miesięcy będzie sobie przebywać w fioletowych rajstopkach z króliczkiem na... pieluszce. Nie mam na myśli swojej części ciała rzecz jasna. Ale mnie ta część troszkę "uwiera" w ten sposób. :P
Poza tym sikam, bo znalazłam coś co nie pozwoli mi znowu spać i przynajmniej do jutra, a może na dłużej odmieni moje życie. I nikt mi więcej nie powie, że nic nie robię i tylko w tym komputerze i komputerze, bo powiadam Wam, komputer potrafi odmienić człowiekowi życie, taką jest skarbnicą wiedzy. A B. już patrzył na mnie z tym swoim delikatnym uśmiechem i wcale nie musi mówić, ja już słyszę jego myśli mówiące do mnie "spokojnie móżdżku".
W okolicznościach wczorajszej rozmowy i nabytych nowych informacji, chcę jeszcze bardziej, a w ogóle to bardzo bym chciała powiedzieć, ale się boję, że zapeszę.
Oho, B. wrócił, taka jestem podjarana, że go zaraz wyściskam.

czwartek, 10 października 2013

O tym jak minął wrzesień.

Wrzesień to miesiąc, w którym B. miał wolne. Sporo wolnego, bo aż trzy tygodnie, które skrzętnie wykorzystaliśmy na... Nic. I mimo wszystko mogę powiedzieć, że to było bardzo udane nic, miło było spędzać z nim czas, zajmując się sobą wiedząc, że po prostu jest obok, zerknąć, dać buzi, czy coś(Tak, ciąża rzuca mi się widocznie na szare komórki i wrażliwość.).

Były jednak, a raczej dalej są pewne niedogodności za tym idące. To znaczy, miesiąc minął tak szybko, że mogę się przestawić, że już go nie ma. Taka byłam ucieszona, że rachunki do zapłacenia do 28, a taka zdziwiona, gdy przyszedł list, że nie są zapłacone. No tak, w końcu już PAŹDZIERNIK.

Podobno, poza wrażliwością i przeżywaniem chwil, w ciąży traci się też głowę. Mieszkając w Polsce z babcią, która ze względu na podeszły wiek, demencję starczą ma dość zaawansowaną, trochę się dziwiłam, gdy denerwowała się, że nic nie pamięta, a wszystko jej się gubi. Teraz dziwię się, że się dziwiłam, bo to poczucie dezorientacji, gdy dociera do człowieka fakt, że o czymś, bardzo ważnym lub śmiesznie głupim zapomniało, albo czegoś się po prostu nie ogarnia i jest jak małe dziecko, przeraża. Boję się, że niedługo zapomnę jak się mówi.

Ale za to moje rozmowy w sklepach i rejestracjach są nawet dowcipkujące, więc skoczyłam chyba poziom wyżej jeśli chodzi o blokady językowe. :) Może pójdzie z górki już?

A co do ciąży, to na koniec dodam jeszcze, że jestem tak szczęśliwa i zakochana, że chce mi się płakać, za to część mózgu, która normalnie rzygałaby już od tej słodyczy, miała chyba zwarcie, bo od dawna się nie udziela.

środa, 2 października 2013

Metoda.

Zażeram smutki. Tak to już ze mną jest. Jeśli czekolada znika w przeciągu 10 minut, a ja po zapiciu colą sięgam po następną, to znaczy, że mi źle. I może to wyjaśnia moje nadprogramowe kilogramy, te jeszcze przed ciążą, które tak prosto przyszło mi zdobyć w zaistniałych sytuacjach. Wiem, że teraz, odnalazłam miejsce w raju dzięki B., ale raj to nie zawsze samo szczęście i niestety nie da się mieć ciągle zamkniętych oczu na to co się dzieje w około.
Można mieć gdzieś cały czas wszelkie rady "życzliwe" jak ma się żyć, przymykać oko na powątpiewające spojrzenia kiedy robi się po swojemu i nie słuchać złośliwych komentarzy, które z pozoru są tylko wyrazami troski. Nie zmienia to jednak faktu, że wszelkie spojrzenia pełne urazy, albo brak spojrzeń celowo jakichkolwiek, a także inne cechy świadczące, że coś tu nie pasuje, słowa których słyszeć się nie miało, mimo wszystko, wprowadzają pewną niekomfortowość do dni codziennych, nawet jeśli w myśl zasady "jak nie powiesz to się nie domyślę", są ignorowane.
Jeśli dodać do tego problemy natury przyziemnej, jakie ma każdy samodzielny człowiek oraz wychodzący z tego tytułu cały pakiet dodatkowy, życie robi się naprawdę stresujące.
Więc tak oto siedzę z czekoladkami, które pochłonęłam zanim zdążyłam napisać pierwszy akapit  i po prostu się smucę. Bo zupa za słona, a tu ani do kogo zadzwonić, ani z kim pogadać, bo co to da?
Pozostaje zamknąć drzwi, udawać, że nie istnieję póki jeszcze mogę i otworzyć następne pudełko.