środa, 2 października 2013

Metoda.

Zażeram smutki. Tak to już ze mną jest. Jeśli czekolada znika w przeciągu 10 minut, a ja po zapiciu colą sięgam po następną, to znaczy, że mi źle. I może to wyjaśnia moje nadprogramowe kilogramy, te jeszcze przed ciążą, które tak prosto przyszło mi zdobyć w zaistniałych sytuacjach. Wiem, że teraz, odnalazłam miejsce w raju dzięki B., ale raj to nie zawsze samo szczęście i niestety nie da się mieć ciągle zamkniętych oczu na to co się dzieje w około.
Można mieć gdzieś cały czas wszelkie rady "życzliwe" jak ma się żyć, przymykać oko na powątpiewające spojrzenia kiedy robi się po swojemu i nie słuchać złośliwych komentarzy, które z pozoru są tylko wyrazami troski. Nie zmienia to jednak faktu, że wszelkie spojrzenia pełne urazy, albo brak spojrzeń celowo jakichkolwiek, a także inne cechy świadczące, że coś tu nie pasuje, słowa których słyszeć się nie miało, mimo wszystko, wprowadzają pewną niekomfortowość do dni codziennych, nawet jeśli w myśl zasady "jak nie powiesz to się nie domyślę", są ignorowane.
Jeśli dodać do tego problemy natury przyziemnej, jakie ma każdy samodzielny człowiek oraz wychodzący z tego tytułu cały pakiet dodatkowy, życie robi się naprawdę stresujące.
Więc tak oto siedzę z czekoladkami, które pochłonęłam zanim zdążyłam napisać pierwszy akapit  i po prostu się smucę. Bo zupa za słona, a tu ani do kogo zadzwonić, ani z kim pogadać, bo co to da?
Pozostaje zamknąć drzwi, udawać, że nie istnieję póki jeszcze mogę i otworzyć następne pudełko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz