czwartek, 10 października 2013

O tym jak minął wrzesień.

Wrzesień to miesiąc, w którym B. miał wolne. Sporo wolnego, bo aż trzy tygodnie, które skrzętnie wykorzystaliśmy na... Nic. I mimo wszystko mogę powiedzieć, że to było bardzo udane nic, miło było spędzać z nim czas, zajmując się sobą wiedząc, że po prostu jest obok, zerknąć, dać buzi, czy coś(Tak, ciąża rzuca mi się widocznie na szare komórki i wrażliwość.).

Były jednak, a raczej dalej są pewne niedogodności za tym idące. To znaczy, miesiąc minął tak szybko, że mogę się przestawić, że już go nie ma. Taka byłam ucieszona, że rachunki do zapłacenia do 28, a taka zdziwiona, gdy przyszedł list, że nie są zapłacone. No tak, w końcu już PAŹDZIERNIK.

Podobno, poza wrażliwością i przeżywaniem chwil, w ciąży traci się też głowę. Mieszkając w Polsce z babcią, która ze względu na podeszły wiek, demencję starczą ma dość zaawansowaną, trochę się dziwiłam, gdy denerwowała się, że nic nie pamięta, a wszystko jej się gubi. Teraz dziwię się, że się dziwiłam, bo to poczucie dezorientacji, gdy dociera do człowieka fakt, że o czymś, bardzo ważnym lub śmiesznie głupim zapomniało, albo czegoś się po prostu nie ogarnia i jest jak małe dziecko, przeraża. Boję się, że niedługo zapomnę jak się mówi.

Ale za to moje rozmowy w sklepach i rejestracjach są nawet dowcipkujące, więc skoczyłam chyba poziom wyżej jeśli chodzi o blokady językowe. :) Może pójdzie z górki już?

A co do ciąży, to na koniec dodam jeszcze, że jestem tak szczęśliwa i zakochana, że chce mi się płakać, za to część mózgu, która normalnie rzygałaby już od tej słodyczy, miała chyba zwarcie, bo od dawna się nie udziela.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz