wtorek, 26 listopada 2013

Jesienno zimowy zestaw.

Jak strój kąpielowy na lato, tak samo sezon jesień/zima ma rzeczy bez których obyć się nie da. Przynajmniej ja mam takie swoje małe typy, które szczególnie lubię o tej porze roku.



1. Krem do rąk.
    Zaczyna się bowiem czas łapek drwala i, ja nie mam nic przeciwko, może ktoś lubi, ja niespecjalnie toleruję takowe nawet u samców(Ładne kilka miesięcy staram się namówić męża na używanie, chociaż co kilka dni specjalnego męskiego kremu do rąk, a on, zupełnie "przypadkowo" cały czas gubi tubki.), ale o ile w ich przypadku da się jeszcze je jakoś wytłumaczyć, o tyle u kobiet jest to tak niedopuszczalne jak niezmywanie makijażu na noc. Co, z drugiej strony, jest moim brudnym nawykiem. Z regularnością co do kremu, staram się jednak polubić na wszystkie sposoby, od stawiania kremu przy łóżku, po ustawianie budzika, żeby nie zapomnieć w ciągu dnia.


2. Ciepły napój.
    Kawa, herbata, kakao, gorąca czekolada. O ile pierwszej z listy nie mogę pić, a ostatniej nie posiadam, dwie środkowe pozycje zajmują dozgonne miejsce w moim sercu. W kwestii herbat z levelu "początkujący", wzbiłam się na ten "zaawansowany", aplikując sobie codziennie kubek zielonej, a gdyby biała herbata była muzykiem rockowym, zostałabym jej grupies i zrobiła wszystko, żeby mnie przeleciała:).
Kakao robię za to zazwyczaj, kiedy B. wstaję do pracy, albo/i kiedy mam zgagę. Nie wiem na czym to polega, na żadnej stronie nie ma o tym ani literki, ale niewątpliwie kakao jest jedną z dwóch rzeczy, które zwalczają u mnie zgagę niemal natychmiast.




3. Książka/gazeta/film
    Skoro mamy już coś ciepłego w chłodny wieczór lub deszczowy dzień(dostępne dowolne wariacje), przy czym można skulić się pod kocykiem ogrzewając dłonie, przydałoby się też trochę zapełniacza czasu i tym razem nie mam na myśli internetu. Wręcz wskazane jest by się odciąć co jakiś chociaż czas, dla własnego zdrowia psychicznego, harmonii i równowagi, a któraś z trzech opcji powinna miło nam tą udrękę załagodzić. Zdecydowanie zależy to u mnie od nastroju, ale o dziwo, mam chyba przesyt fal elektromagnetycznych w ostatnim czasie i wybieram raczej coś do czytania. No, chyba, że trafiam na "Lekarzy" w telewizji :).


4. Świeczki...
    ... Woski, czy olejki. Kiedy za oknem robi się szaro jeszcze przed umownym "wieczorem", aż prosi się by pstryknąć parę razy zapalniczką i wprowadzić do domu przyjemny, ciepły nastrój. Jeśli dołączymy do tego podgrzewacz, do którego możemy wrzucić pachnący wosk, albo kilka kropel olejku, to już totalnie nie ma się ochoty wychodzić na zewnątrz. Nie dlatego, że za oknem pogoda może nie rozpieszczać, ale dlatego, że cztery kąty robią się nagle rozkosznie przytulne, dosłownie, jakby chciały przytulić i powiedzieć "weź, nie wychodź jeszcze".


5. Balsam do ust.
    Zdecydowanie, gdyby ta lista miała być ułożona od najważniejszego punktu, ten byłby jako pierwszy. Sezon jesień/zima, to czas chłodnego wiatru, przeziębień i oddychania przez nos, a także grzania w domach, czyli suchego powietrza. Przypuszczam, że każda stąpająca po ziemi osoba, pomijając te, które takich pór roku klimatycznie nie posiadają, doznaje zaszczytu posiadania ust jak stara tarka do prania. Jeśli nie może przy tym zostawić tego w spokoju(jak ja), zapewne doświadcza również krwawych ranek, niekiedy w efekcie bolesnych, zwłaszcza przy piciu ciepłej herbaty. Także pomadka to niezbędnik, must have po prostu. Chyba, że Wam to wisi i/lub się nie całujecie.




6. Coś na nieelektryzowanie się.
    Możemy sobie powiedzieć, że jesteśmy dorosłe, chodzimy na szpilkach, obcasach albo i nie, stąd czapek używać nie chcemy bo nie przystoi, ale prawda wyszła na jaw. Te z nas, które nie cierpią czapek, swoją niechęć w 90% skrywają w elektryzowaniu się włosów. Tak się przy okazji składa, że czapki ostatnio zrobiły się bardzo modne, fajne, a dzięki takim wynalazkom jak chociażby spray na elektryzujące się włosy, można spokojnie przestać udawać, że wcale nam nie jest zimno w głowę, a uszy są takie czerwone, bo jedno pociągnięcie pędzla z różem było zbyt zamaszyste. Ja dzięki temu z dumą noszę moją szarą z pomponem:).



Jako, że moja ciągła paplanina o kulaniu się, uwieraniu i tym podobne robi się monotematyczna, postanowiłam, jak widać, wprowadzić do bloga ciut czego innego:). Mam nadzieję, że nikt mi nie będzie miał tego za złe, a może, przy okazji, troszeńkę się taka "awangarda" spodoba.

niedziela, 24 listopada 2013

Tydzień 31.

1. Długo wyczekiwana wizyta nareszcie nastąpiła. Okazało się, że Malutka rośnie jak na drożdżach nawet za bardzo - widocznie mocno jej się do nas śpieszy:).
2. Dodatkowo póki co, nic nowego nie wyrosło, więc myślę, że się nie zdziwimy przy porodzie, że jednak ulęgnie się mały samczyk:).
3. Puchną mi stopy. Na potęgę. Niedawno przypadkiem na nie spojrzałam i uderzyło mnie: "GDZIE SĄ MOJE KOSTKI?"
4. Nie mogę spać, przespałam jak dotąd jedną noc jak dziecko, normalnie wiercę się jak głupia, wstaje po milion razy i trzymam się za jajniki, które jakiś mały wielkolud notorycznie atakuje przy okazji wieczornego wiercenia.
5. Wobec powyższego Pan Miś, którego dostałam od B. na urodziny zyskał nową funkcję: robi mi jako poduszka między nogi gdy leżę na boku. Kiedyś stwierdziłam, że nie potrzebuję tego gadżetu, ostatnio jednak spróbowałam ponownie i niemal wyrwało mi się głośne "achhhh" z ulgi.
6. Miałam prawdziwą "zachciankę". Nie przypominam sobie, żeby wcześniej zdarzyło mi się coś takiego, obsesyjne myślenie o konkretnej rzeczy przez więcej niż dwa dni. Mowa tu o jagodziance. Niestety w Niemczech próżno ich szukać, udało mi się jednak załagodzić trochę moje kubki smakowe jogurtem z sosem jagodowym - zdecydowanie po niego wrócę :).
7. ŁÓŻECZKO, NARESZCIE!
8. Młodzież już się nie kopie, bardziej "przewala" rozciągając mnie na wszystkie strony.
9. Za to usilnie atakuje mi jajniki. Poważnie zaczynam powątpiewać czy aby na pewno to dziecko, bawi się nimi jak bombkami na choince(znaczy, takie mam wrażenie;p).
10. Czkawkę można poczuć już za dotknięciem ręki. Niestety nikomu poza mną się to nie udało.

sobota, 23 listopada 2013

Inspiracje - pokój dla dziecka.

Dziś tak trochę inaczej. Miałam kiedyś plan, żeby dodawać regularnie zdjęcia na tego bloga i niestety, konsekwencją nie grzeszę, ale uwiera mnie to jak .... jak nie wiem co:). Stąd postanowiłam podzielić się inspiracjami, jakie znalazłam w internecie dotyczące niczego innego jak macierzyństwa, a konkretniej pokoju dziecięcego.

Nie powiem, że obsesyjnie o tym myślę(chociaż byłaby to prawda), ale jestem na etapie przygotowywania kącika dla Małej. Do pokoju to jeszcze daleko, ze względu na aktualny metraż, jest to bardziej aneks dziecięcy, ale mimo to chciałabym, aby był stylowy, nie przesadzony, a jednocześnie bardzo dziecięcy, dlatego każdy drobiazg jak choćby ramka na zdjęcia, staram się przemyśleć kilka razy. Przypuszczam, że potem nie będę miała głowy do takich rzeczy:)





 źródło: pinterest


Nie bez powodu można tu zobaczyć powtarzające się kolory. Strasznie mi się podobają jasne odcienie, jednak tak się składa, że ściany w dziecięcym aneksiku są grafitowe, ale absolutnie nie uważam tego za wadę, postawiłam dla przełamania na biel mebli i róż w odcieniu podobnym do tego na pierwszym zdjęciu.  Zdecydowanie na tych zdjęciach urzekły mnie niebanalne aranżacje ścian, jak również łóżeczka, a konkretnie ilość tkanin, która w odpowiednich barwach dodaje uroku, a także kokardki - czyż nie są cudowne?:)

piątek, 15 listopada 2013

Tydzień 30.

1. B. miał okazję usłyszeć czkawkę dochodzącą z kogoś we mnie. Odkąd nie ma głuchej ciszy, zdecydowanie chętniej przykłada ucho do brzucha. :)
2. Długo wyczekiwana wizyta w szpitalu, i zaspokojenie ciekawości co do sal, metod rodzenia itp:).
3. Czkawka zdarza się nam coraz częściej:)
4. Irytacja również. Przestałam płakać bez powodu zaczęłam się wkurzać. Z błahych, zależy jak patrzeć.
5. Genialnie nażarłam się mentosów i popiłam colą. Nie bezpośrednio, ale akurat trafił się dzień, w którym miałam mega ochotę na mentosy(nie mogłam aż wytrzymać), a potem, tego samego dnia później wypiłam szklankę coli (bo od czasu do czasu przecież nie umrę). No, i umieram, trzeci dzień.
6. Denerwuję się strasznie z okazji nie znalezienia łóżeczka. Nieziemsko wkurza mnie, że nie ma fajnych i/lub w adekwatnej cenie.
7. Cały ten tydzień odliczam, do kolejnej wizyty u ginekologa. Jestem bardzo ciekawa jak duża już jest mała i czy moje przypuszczenia się sprawdzą.
8. Przytyłam kolejne pół kilo :). Zaczynam się obawiać co mnie czeka do poniedziałku, dnia oficjalnego ważenia.
9. Maluch chyba nie lubi zakupów. O ile za każdym razem kiedy chodzę, Ona usypia, tak ostatnio zaczęła się uaktywniać i kopie, wierci się, nawet na takich "wycieczkach".
10. Dalej mogę jeść mandarynki, kilogramami. Serio. 

czwartek, 14 listopada 2013

Łóżka i atmosfery.

Ogólnie bardzo kolejny udany dzień, w pokoju wyjątkowo ciepło, wczoraj dodatkowo zostało za mnie powieszone pranie, a do tego, gdy wróciłam do domu, zastało mnie przyjemne ciepło rozchodzące się po cąłym ciele, za sprawą wesoło iskrzącego ognia w kominku.
Nie, to nie mój mąż, to Kasia zadbała o to by po Info Abend zastał mnie miły klimat. Mąż za to był ze mną na tym "wieczorku" i cierpliwie czekał, mimo, że filar zasłaniał mu widok na cały ekran.
Informacji było sporo, wszystkie ciekawe, jestem pod wrażeniem jak wiele zrozumiałam, w większości kwestii pytałam potem tylko czy dobrze zrozumiałam.
Za to dziś niestety męczy mnie straszny ból brzucha połączony ze zgagą i albo dziecko albo ....
Dodatkowo nie polepsza rzeczy fakt, że znowu podjęłam próbę szukania łóżeczka i nie podoba mi się żadne, poza takim za 3 tysiące. Nie uśmiecha mi się ten fakt, biorąc pod uwagę, że nie mamy w planach w najbliższym czasie pokoiku dla dziecka, więc nie ma sensu kupować czegoś, żeby się człowiek potem gimnastykował z doborem mebli pod kolor czy coś.
I tylko się zirytowałam, bo nic innego mi się nie podoba.

niedziela, 10 listopada 2013

Panika.

Do niedawna zastanawiałam się, czy to ze światem, czy ze mną jest coś nie tak. Teraz już wiem, zdecydowanie ze mną. Wcześniej wiele rzeczy, z którymi się nie zgadzałam, nawet na mój temat, po prostu mnie nie obchodziły. Ostatnio jednak, nawet te rzeczy, tylko w ogólnym stopniu związane ze mną traktuję jak przykrość.
Myślałam, że może hormony wzbogaciły mnie o wenę do napisania książki na miarę "Co z tą Polską?", w końcu w ostatnim czasie tyle razy zadawałam sobie to pytanie w kontaktach międzyludzkich. Za każdym razem i przy każdym sporze, nie umiałam jednak sobie odpowiedzieć czy przemawia przeze mnie moja ciąża, czy po prostu przewartościowało mi się życie(i układ nerwowy).
A sporów było sporo.
Ale mniejsza o liczbę, kiedy usłyszałam dziś, że... Właściwie nic specjalnego, że teściowa uważa, że mimo wszystko powinnam pić syrop bo na pewno nie zaszkodzi, albo że zamiast lekarza iść do apteki i spytać o leki, bo aptekarz jest stary więc pewnie się na tym zna... No właśnie. Ja tyle przyswoiłam, chociaż teraz nie jestem w stanie do końca powiedzieć czy na pewno miała to na myśli. Tak uważam, że miała. Powiem więcej, w moim małym ciążowym mózgu zaraz pojawiła się informacja "Aha, ktoś uważa, że przesadzam z tą ciążą, pewnie tak z innymi rzeczami, i nic mi się nie stanie, pewnie myśli, że wyolbrzymiam, jak zwykle, stawiam jakieś wymagania, a przecież nic nie robię, ale co ta osoba może wiedzieć, przecież nie zaryzykuję(...)" - panika, smutek. To głupie, wiem.
Przykład kolejny, blogowa koleżanka dodaje na Instagram zdjęcia ciuszków dla swojej pociechy, zakupione w H&M. Niewiele myśląc komentuję, że bardzo fajne i czy widziała może ten komplecik ala Myszka Minnie, bo jest przeuroczy, na co ona odpisuje, że i owszem, ale jej takie rzeczy nie jarają, bo nie lubi robić z dziecka przebieranki. Możecie sobie wyobrazić co mi się w głowie stało? Nie? No to proszę, już tłumaczę, coś na zasadzie, "o matko, przecież to tylko białe body, czarne spodenki i czapeczka z uszkami, czy ona uważa mnie za jakąś psychopatkę co przebiera dzieci w dziwne rzeczy? To w ogóle coś złego? A może ja jestem psychopatką?"
Żal mi siebie jak to teraz czytam, ale serio, tak właśnie było.
I niby jak się spojrzy z boku to się myśli głupia baba, ale te hormony to są straszne.
Teraz przeczytałam jeszcze notkę na blogu KP i też już mózg pracuje mi na wysokich obrotach czy padał dziś jakikolwiek jej temat, a że nic mi do głowy nie przychodzi, to panikuję, że skleroza postępuje i na pewno chodzi o mnie, albo jakieś fatalne nieporozumienie, ale wiadomo milion ludzi na tym świecie z czegoś się tłumaczą, że są niewinni, nawet jeśli winni są, więc powodu by mi wierzyć by i tak nie było. O właśnie, taki stres.
Możecie sobie wyobrazić jeszcze, że skoro tak przeżywam takie sprawy, a krzty przesady w tym nie ma, że zaraz tętno szybciej pracuje, myśli skoncentrowane i człowiek zasnąć nie może, to co dopiero musiałam przeżyć usłyszawszy, że jak latorośl będzie chora to mam sobie ją sama wychowywać.
Nawet nie myślę, czy żarty czy nie żarty, wolę się nad tym nie zastanawiać, bo nawet jeśli trochę żartem wypowiedziane, to pewnie znikąd się to nie wzięło. Od razu łzy pociekły, strumieniem jak z kranu, chyba ani razu jeszcze nie ciekły aż tak żwawo, za nic zahamować się nie  dały, ze strachu, że przecież nie przewidzisz, a może tak się zdarzy, odpukać, i co z nią będzie, co ja zrobię, i jak sobie poradzę sama.
Przypuszczam, że ten caly kran widać było, bo i ukryć się nie dało, ale widać było usilne działanie w stylu "problemu nie widzę, problemu nie ma", więc płakałam sobie cichutko z pokerową miną siedząc obok.
Nie polepszył sprawy fakt, że przypomniały mi się słowa B. sprzed kilku lat kiedy znienacka powiedział, że kocha tak, że jakbym na wózku była albo bez nogi albo ręki, to i tak by kochał i i tak by chciał ze mną być i opiekować się, bo nie zniósłby chwili beze mnie. A ja sobie od razu myślę, że teraz mimo obroży na palcu, sugerującej wieczne love, to by w razie co zniósł. Śpiewająco.
Nic nie poradzę, że mi takie myśli chodzą po głowie i dołują.
Za to pomyślałam też, że Małą tak kocham, że dla mnie ona może być bez nogi. Na szczęście na USG są wszystkie dwie.


A jak B dziś ucho przystawił i czkawkę usłyszał, to jeszcze bardziej się spłakałam. Wobec powyższego.

piątek, 8 listopada 2013

Kompleks Fejsbuka.

Ostatnie sprzeczki i rozczarowania znajomymi, sprowokowały mnie do refleksji.

Mianowicie, niektórzy na starość dziecinnieją. Może nie do końca na starość, ale z wiekiem i mogłabym to zwalić na Facebook'a, jednak nie wierzę, w jego wyłączną winę.
Coraz częściej dopadają mnie:
1. Pytania: "dlaczego nie zaakceptowałaś zaproszenia ... do znajomych? To nic, że nigdy nie widziałaś jej na oczy, może ona w ten sposób chce się zaprzyjaźnić, WYPADA wysłać do niej wiadomość!",
2. Zazdrość: "polubiłaś zmianę statusu związku ... , za to ... nie zlajkowałaś ostatnio nic, a przecież tego nie lubię, a tamtego tak, powinnaś mnie wspierać!"
3. Krytyka: " Polubiłaś zdjęcie ..., wiesz, że ostatnio się pokłóciliśmy, ona pewnie teraz myśli, że im przyznajesz rację w tym sporze"
4. Wyciąganie wniosków na temat relacji międzyludzkich: " ... dodała nowe zdjęcie, a ty kolejny raz ani komentarza, ani nic, myślałam, że się lubicie, o co się pokłóciłyście?"

Hola. Czy tylko mnie się tak wydaje, czy coś tu nie gra? Od kiedy częstotliwość dawania lajków, oznacza stanie po czyjeś stronie w jakieś sprawie? Od kiedy nie komentowanie każdego dodanego zdjęcia oznacza spór z daną osobą? Od kiedy lubienie postów, wrzucanych przez kogoś kogo nie lubi ktoś inny oznacza zdradę przyjaźni czy koleżeństwa? I przede wszystkim, co mnie ominęło, że nagle wypada akceptować zaproszenia do znajomych każdej nieznanej osobiście osoby, bo może się właśnie chce zaprzyjaźnić i to ja powinnam napisać wiadomość do takiego człowieka? Czy to oznacza, że jak ktoś podejdzie do mnie i bez słowa wyciągnie rękę, to mam ją uścisnąć i się przedstawić, bo tak wypada?
W normalnych, realnych sytuacjach, ogólnie przyjęte jest, że chcąc się z kimś zapoznać albo nawiązać kontakt zaczynamy rozmowę, a nie zaczepiamy i oczekujemy bez słowa tego od drugiej osoby. Podobnie, jeśli dwie pokłócone osoby mają wspólnych znajomych, to nie powinny wymagać od nich by przestały utrzymywać kontakt z jedną ze stron, tak jak nikomu nie trzeba potakiwać na każdą głupotę którą mówi, czy każdy żart który opowiada, zwyczajnie dlatego, że nie wszystko podoba nam się na tyle by chcieć to skomplementować lub interesuje na tyle by dodać coś od siebie.
Każdy rozgarnięty, rozumny i uważający się za dojrzałego chociażby w stopniu przeciętnym człowiek rozumie takie rzeczy. Problem pojawia się jednak, gdy taki oto, loguje się do sieci, jako, że dostaje małpiego rozumu, obraża jak dziecko, a wszystkie kompleksy tym samym wychodzą na światło dzienne.
Czy my naprawdę mamy tak mało pewności siebie, że, gdy nikt nie widzi naszych twarzy, a nie patrząc w oczy łatwiej jest powiedzieć co myślimy, lub co nam ślina na język przyniesie, przejmujemy się takimi pierdołami? Mamy chyba już za sobą lata podstawówki, gdy koleżanki namawiały się między sobą, którego dnia którą lubią?

Tydzień 29.

1. Jeszcze miesiąc temu, byłam sceptycznie nastawiona do tego całego "ruchy dziecka są takie super". Owszem były super, ale jednak wydawały mi się dość przereklamowane, nie tego się spodziewałam. Nadszedł jednak ten tydzień i zdecydowanie TEGO się spodziewałam. W końcu łapię ten cały szał i mogę do znudzenia, jak inne matki, mówić, że to najpiękniejsze i nieporównywalne uczucie:)
2. W dodatku poczułam czkawkę Małej. :)
3. B., w tym tygodniu przyłożył ucho do brzucha, nie spodziewając się niczego (jak w tygodniach poprzednich), jednak śmiało twierdzi, że córę nie tylko poczuł jak kopała go w głowę, ale też usłyszał jak się wierci:)
4. Skutkuje to tym, że zasypia trzymając rękę na brzuchu(który wtedy jest nieustannie okopywany).
5. Jestem w stanie leżąc na brzuchu, poczuć tętno płodu. Co prawda, w dużej mierze zależy to od jego ułożenia, ale jest to fakt niezaprzeczalny, mi również zdarza się ją usłyszeć.
6. Brzuch od jej kopniaków również nieznacznie się trzęsie;p
7. Dwa tygodnie od ostatniej wizyty u gina, a ja już przytyłam 2,5 kilo czyli tyle ile przez zeszły miesiąc. Dołowałam się tym faktem, ale coraz silniejsze ruchy utwierdzają mnie w przekonaniu, że to chyba faktycznie nie do końca (albo nie tylko) ja tyję.
8. Zawartość naszej wyprawki powiększyła się o wózek, fotelik, kilka par śpiochów, przesłodki kombinezon zimowy z uszkami i kokardką Myszki Miki, wkładkę do wanny, parę gadżetów typu szczotka czy nożyczki, a także Freddiego The Ważkę, z którego mam nadzieję latorośl będzie czerpała tyle radości co i ja.
9. W tym tygodniu dostałam również zastrzyk, ze względu na konflikt krwi jaki posiadamy z mężem, wprowadzając przy okazji w śmiech lekarkę mówiąc, że tak wstyd jej pupę pokazywać. Naprawdę, na początku nie wiedziałam o co jej chodzi:P
10. Nie wiem czy pogłębiły się trudności w schylaniu i tak dalej, jako, że dopadło mnie potworne przeziębienie, o którym pisałam notkę wcześniej i trudności posiadam we wszystkim:P

środa, 6 listopada 2013

Doigrałam się.

Taka byłam mądra i dumna, bo wszyscy w około chorzy a mi nic. Zwalałam na herbatę z miodem, ale też na Malutką, która mnie rzekomo tak uodporniła. No cóż. Jeśli do tej pory któraś z tych tez faktycznie działała, to albo trafiłam na kiepski miód, albo dziecko zmęczyło się ochroną mamy. W sumie, to sama bym się zmęczyła przy wiecznie kaszlącym, smarkającym i nie chcącym się leczyć czymś innym niż ketonalem tacie(tudzież mężu). Swoją drogą, jak można "leczyć" przeziębienie czy grypę ketonalem? Nie, nie komentujcie, ja już też nie mam siły komentować tego zjawiska.
Podobnie jak tego:
J: Kochanie idź do łóżka.
B(leżący tyłem na kanapie): Nie, po co?
J: Zasypiasz przecież.
B: Przecież nie śpię.
J: No, ale zaraz zaśniesz.
B: Nie, nie zasnę.
[...]
B(chrapie).

Zauważyłam, że wpływ na mojego męża maleje wraz ze wzrostem stażu naszego małżeństwa.
I, że jest odporny na widzę oraz racjonalne argumenty, bo za każdym razem w przypadkach jak wyżej lub podobnych zgadnijcie kto ma rację?

Tak samo było i teraz. Prosiłam, namawiałam, proponowałam herbaty, masaż nawet ! Ale nie. Mąż w dalszym ciągu odrzuca wszystkie formy leczenia farmakologicznego poza jednym, powyżej, a także wszystkie formy leczenia niefarmakologicznego, co skutkuje marnowaniem wody i owoców, bo wszystkie ciepłe napoje marzną na kość, nawet nie ruszone.
Ale zauważyć, że dziś dla odmiany nie nałożyłam mu obiadu ("bo zawsze mi nakładałaś"), to zauważył.
Słodkie to się nawet wydaje wydaje z boku, wiele razy bym się wręcz rozczuliła gdyby nie to, że poza tym całym urokiem, jest to szalenie nieodpowiedzialne, gdyż ja, żona, z kangurzą torbą od siedmiu miesięcy, wcześniej wychodząca na spacery i tym podobne, teraz, po weekendzie w domu z chorym mężem, jestem z zapuchniętym gardłem, zapchanym nosem, bolącą głową i temperaturą 35,7(nie pamiętam kiedy miałam gorączkę ostatnio, kiedy normalni ludzie ją mają, mi termometr pokazuje coraz to mniej).
Generalnie to wszystko sprowadza mi się do żądzy mordu, Przy okazji inne czynniki mają wpływ na żądze mordu, ale to jednak szalę przeciążyło.
Postanowiłam jednak skończyć ścieranie gardła, bo to nic nie da.
Spokojnie czekam aż przyjdzie kostucha albo coś i może wtedy, po ptokach, coś do tego marsjańskiego umysłu dotrze. Nie tylko jeśli chodzi o chorobę.

niedziela, 3 listopada 2013

Telefon.

Stało się.
Myślałam, że mnie to ominie, ale jednak jestem tylko śmiertelnikiem. Tyle lat kąpania się z radiem, komputerem, komórką i właśnie teraz musiałam utopić moją Nokię. Właściwie to nie moją. Znaczy, podarowaną mi, ale teraz, kiedy leży taka umarta, moje wyrzuty sumienia mówią, że byłyby mniejsze, albo wcale, gdyby była moja, tak od początku do końca.
Co w sumie sugeruje, że jestem całkiem miła dla siebie, a to dobra cecha, no nie?

Nagle radość z wczoraj zakupionego, pachnącego nowością, czy, jak kto woli, chińskim marketem wózka, kombinezonu myszki miki czy Freddie'go The Ważki, już tak jakby nagle ucichła. No bo, co ja pocznę? Ktoś, kto zna sytuację, może powiedzieć, że przecież czego jak czego, ale telefonów w tym domu nie brakuje (nie, nie jesteśmy paserami), to ja jednak niemal czuję ból i żal, że kolejna maskotka do kolekcji przepadła.

Wcześniejsza sprzeczka mojej sytuacji nie polepsza chociaż, wtedy niewinna tak i teraz, w końcu każdemu mogło się zdarzyć, w końcu to tylko telefon, no nie?
No nie.