niedziela, 29 grudnia 2013

Tydzień 37.

1. Czuję się jakbym miała pęknąć i marudzę jeszcze bardziej niż zawsze. Jeśli nie na głos to w mojej głowie, co budzi przy okazji ciepłe uczucia do ludzi którzy muszą ze mną wytrzymywać. Za to, że to robią.
2. Ponieważ tydzień temu lekarka wysyłając mnie na porodówkę powiedziała, że mała jest już dojrzała i nic jej się nie stanie jeśli się urodzi, zaczęłam poważnie się zastanawiać nad zaprzestaniem jakiekolwiek oszczędzania mojego ciała, aby być może subtelnie sprowokować ją do szybszego przywitania nas.(Skończyło się na jednym spacerze - musiałam sprostować, inaczej już oczami wyobraźni widziałam komentarz - i slyszałam - KP na temat tego jakie głupoty tu piszę;p)
3. Z niepokojem chodzi mi po głowie myśl ile ten bobas może jeszcze przytyć.
4. Zaczęłam odczuwać dość ostre bóle podbrzusza, z niepokojem więc sprawdziłam w internecie co to oznacza, czy mam powód do zmartwień czy nie. Efekt? Wszędzie piszą, że moje objawy(bo jak się okazało są też inne)to nic innego jak ciało przygotowujące się do rychłego porodu. Tylko, że ten poród to jest chyba taki rychły jak rzucenie przez B. palenia.
5. Puchnę jeszcze bardziej. Moje stopy wyglądają jakbym miała ze trzy pary grubych wełnianych skarpet, a kostki pewnie myślą, że nikt nawet nie zauważy jak znikną. I mają rację.
6. Na szczęście, jeszcze udaje mi się zdjąć i włożyć spowrotem obrączkę, chociaż nie powiem, że kryzys był (za to pierścionek zaręczynowy już jakiś czas temu wyprowadził się od mojej lewej dłoni).
7. Nerwowe oczekiwanie bardzo mi się udzielalo. Kilka dni przed Wigilią byłam ślepo pewna, że święta spędzę na porodówce, niestety, J. miała inne plany. Do końca grudnia jeszcze chwila, poważnie, nie wiem co się tak uparłam na 2013rok, ale chyba muszę się przyzwyczaić, że bardziej ode mnie kracze moja mama. (jak Mała się urodzi 6 stycznia, to się chyba zastrzelę)
8. Znowu mam jakieś dziwne problemy z wodą. Niby wypijam te minimum dwa litry dziennie, ale rzadko kiedy jest ich więcej. Nawet aplikacja w telefonie przypominająca nie bardzo pomaga.
9. Zaczęłam znowu myśleć o przeorganizowaniu komody dla małej, jak również uprałam i uprasowałam pościel, a także baldachim łóżeczkowy.
10. Wróciła też moja chęć do czytania od nowa wszystkich dzieciowych poradników i gazet jakie posiadam, a także zrobiłam kolejną listę rzeczy do zrobienia:)

sobota, 28 grudnia 2013

Dobrymi chęciami piekło wydrapane(kocimi pazurami).

Nawet mój kot przeciw mnie. Podstępnie.

Znajcie moją dobroć, kupiłam futrzakowi chrupki. Nie byle jakie, bo marki Josera, znając jego żołądek kupiłam małą paczkę (nie napiszę, ile ta mała kosztuje, na wypadek gdyby mój mąż jeszcze czasem na bloga zaglądał, a przecież: "Kot ma jeść najtańsze żarcie", jak to ostatnio ujął dla podkreślenia swojego wątpliwego despotyzmu i władzy w związku). Myślę sobie przecież, że bydlę w Polsce to jadało, ale nigdy nic nie wiadomo, kiedyś lubiło też Whiskasa, a teraz patrzy pogardliwie to na saszetkę to na mnie, jakby chciało powiedzieć, że chyba pomyliłam miski(jego ze swoją, oczywiście).
No, ale do rzeczy.
Okazuje się, że po wpierdzielaniu karmy In-Home, mój pupilek tak rozsmakował się w tej nowej, że, doceniając moją kuchnię niczym ukochany synek mamusi, prosi o dokładki. Ciągle.
O wydawanych dźwiękach sugerujących "subtelne" domaganie się jedzenia, już wcześniej pisałam, toteż dodać mogę, że jak do tej pory wstawałam góra trzy razy w nocy (Raz kiedy B. jechał do pracy, ewentualny raz w międzyczasie i nad ranem), tak teraz potrafię zostać obudzona co godzinę.


I masz babo placek, bo z jednej strony powinnam być ucieszona, że trafiłam w końcu w gusta(i to jak!), wymagającego, kociego podniebienia, a z drugiej strony, to przepraszam bardzo, ale czy już jestem nie dość przeszkolona do nocnego wstawania na przyszłość? Chciałam dobrze, a wyszło jak zwykle, teraz z miłości do Wysokości Kociałkowatości, piekło przechodzę.

Chyba czas wrócić do starego sposobu w takich okolicznościach, czyli wywalania gada z pokoju. 

piątek, 27 grudnia 2013

Zabawa w chowanego.

Ostatnimi czasy w moim życiu weny brak, to też notki takie dość lakonicznie pisane jakbym stała z boku, patrzyła na siebie i robiła notatki do pracy licencjackiej na temat zagubionych dusz i chorób mózgu, próbując zmieścić jak najwięcej informacji w jak najkrótszym czasie i zdaniu.
Nawet te "dzieciowe" posty ukazują mało mnie ostatnio. Wszystko przez to, że ostatnio mało mnie jest gdziekolwiek. Biorąc pod uwagę fakt iż owe "ostatnio" trwa kilka miesięcy, kiedy przyszło co do czego, spostrzegłam jak wiele wokół się zmieniło.

Jak wiele można powiedzieć, jak wiele można usłyszeć. Starać się robić wtedy dobrą minę do złej gry, udawać, że nie zabolało i ukrywać łzy, nieudolnie. Znowu trwać z pustką w żołądku i gdzieś w klatce, z myślą, żeby tylko przetrwać, najpierw do południa potem do wieczora. Bo może coś się zmieni, może kilka zdań zostanie odwołanych, albo pojawią się nowe, kompletnie zmieniające postać rzeczy, dające powód do uśmiechu i nadzieję na słońce. Może znowu będę najważniejsza, jedyna, ja i teraźniejszość, zamiast przeszłość zaprzątająca głowy. Może jutro.
Znowu ciężko słuchać muzyki, a jednocześnie słysząc, nie jest w stanie skupić myśli na niczym innym jak na emocjach buchających niczym stado motyli. Tylko, że to ćmy, żadne kolorowe.
I nie bardzo wiadomo co zrobić, jak się zachować, jakie wyjście z sytuacji jest dobre, kiedy bardzo by się chciało zostać, a jednocześnie rozsądek przypomina, że bezpieczniej rzucić wszystko w cholerę niż próbować.
To dość niesamowite, jak długo może trwać otępienie, niezdawanie sobie sprawy i jednocześnie ten sam odcinek czasu można określić bardzo "szybkim" w stosunku do rzeczy jakie mogą ulec zmianie. Uczucia, myśli, wygląd, emocje, czy mimika.

W końcu człowiek patrzy przed siebie, chciałby się przedstawić, bo tak wypada, że jak się stoi z kimś sam na sam, na przeciw, to głupio się nie odezwać, więc wyciąga rękę i czuje zaskoczenie, niekoniecznie miłe, kiedy sobie uświadamia, że walnął dłonią w lustro.
Nie lubię się bawić ze sobą w chowanego, bo potem ciężko się znaleźć.
Tyle z mojego marudzenia i chandry, nikt nie jest ze stali, czasami trzeba poczuć smutek, żeby znowu docenić radość.
Więc, bez względu na przyszłość, muszę siebie znaleźć.

wtorek, 24 grudnia 2013

Wigilia!

Dużo szczęścia i spokoju życzę Wam wszystkim w te niezapomniane święta, żeby nie zabrakło rodzinnej atmosfery i uśmiechu na twarzach bliskich :)


niedziela, 22 grudnia 2013

Tydzień 36.

1. W tym tygodniu dopadła mnie depresja i panika przed porodem, czy sobie poradzę, ile to wszystko będzie trwało, przez co często lądowałam, szlochając, w ramionach B. A na dodatek wyrzuty sumienia, że dołuję wszystkich swoim dołowaniem.
2. Torba szpitalna została oficjalnie spakowana i zajmuje zaszczytne miejsce w szafie czekając, aż będzie potrzebna. Ewentualne braki, zostaną po prostu w miarę zakupu do niej dodane, ale wydaje mi się, że na dzień dzisiejszy nie zginę z nią:).
3. I akurat się przydała, bo mieliśmy w tym tygodniu małe emergency na porodówce, na szczęście okazało się że to tylko nerwy i z małą wszystko jest w porządku:) Chociaż myśl, że mogłaby być już z nami jest mocno kusząca:)
4. Ale za to dowiedzieliśmy się, że szyjka się skraca, a główka niziutko, czyli być może J. pcha już się do nas i tak czy siak zobaczymy ją szybciej:)
5. Przez ostatnie dwa tygodnie przytyła nie byle ile, bo aż 400gram, co oznacza że samego dziecka dźwigam już 2,9 kilo:)
6. O dziwo, ja przytyłam tylko kilogram i to niecały, więc wygląda na to, że zmiany w jadłospisie sporo pomogły(tylko jeszcze te słodycze tak do zera rzucić!)
7. Ponieważ przykazane mam oszczędzanie się, zostałam zwolniona z większości prac domowych, co w sumie jest miłe, ale muszę przyznać, że czuję się też dość nieswojo i nie na miejscu.
8.Kolejna koleżanka urodziła, termin miał być podobny do mojego. Cieszę się,  cieszę, ale... Dlaczego wy już macie, a ja jeszcze nie?!
9. Miałam też się nie denerwować i w ogóle, ale jak można się po mnie spodziewać, jestem jeszcze bardziej pokraczna niż byłam a do tego okropnie niecierpliwa. Wydaje więc "mamucie" odgłosy  za każdym razem jak coś mi nie idzie, czyli ostatnio bardzo często.
10. Żelazo dalej kiepskie. Nawet gorsze niż było, mimo jedzenia więcej rzeczy, które takowe posiadają. Ale podobno J. na końcówce sporo wyciąga. Końcówka to jednak pojęcie względne:)

sobota, 21 grudnia 2013

Inspiracje - Ściany


Wspominałam kiedyś, że ulżyło mi odkąd pojawił się w mojej głowie pomysł na pokój dziecinno dzienny, jednak teraz nasza sypialnia to prawdziwe utrapienie. Co  prawda mamy dwa główne kolory, ale pomijając meble i piec, jest po prostu pusto. Ściany wieją nudą, a odcienie współgrają tak bardzo, że wręcz należy im się kolor przełamujący, czy jakiś akcent nadający charakter. Dziś jednak chciałam się skupić na pierwszym z problemów, który najbardziej rzuca się w oczy, a tutaj jest kilka pomysłów:


źródło: Pinterest


Nie mogę się zdecydować czy postawić na kilka ramek czy jedną taką dużą jak ta poniżej. A może po prostu, jakaś ozdoba zamiast zdjęć?



źródło: Zszywka

A tutaj trochę teorii o urządzaniu galerii. Polecam stronę InteriorsPL, gdzie autorka, Wiola, udziela świetnych porad na temat aranżacji wnętrz. Musze przyznać, że jej teksty bardzo mi pomogły :)


źródło: Pinterest

czwartek, 19 grudnia 2013

Święta tuż, prezenty już?


Właśnie skończyłam pakować ostatni prezent, dla mojego B. Jeśli chodzi o zakupy swiąteczne, swoje zrobiłam już dawno i głównie przez internet, bo z moimi rozmiarami można się jedynie kulać miedzy półkami, a biorąc pod uwagę tłoki w galeriach, to prędzej zrobiłabym korek niż przecisnęła między ludźmi. Niestety nie wszyscy są tak przewidywalni jak ja i każdego roku są zaskoczeni zarówno brakiem pomysłów jak i towarów na półkach w tym okresie.


Wiem, że święta tuż tuż, dodatkowo nie będę dawała propozycji prezentowych, bo to bardzo indywidualna sprawa, poza tym jest mnóstwo takowych w internecie. Co jednak robić jeśli do świąt zostało kilka dni, a prezenty świąteczne są w polu?
Zawsze do wykorzystania zostają typowe klasyki, książka, zegarek, portfel, perfumy czy biżuteria. Fakt, być może nie popiszemy się znajomością najskrytszych marzeń drugiego człowieka, ale jest duże prawdopodobieństwo, że obdarowany nie będzie musiał się mocno wysilać by wyglądać na ucieszonego w naszym towarzystwie.
Jest to zdecydowanie lepszy wybór niż próby odgadnięcia choinkowych marzeń bliskich.
Jeśli jednak mimo to ambicje nie pozwalają nam tak kompletnie się poddać, ostatnią deską ratunku jest zgłoszenie się do kogoś po pomoc. Znajomych albo rodziny, ktoś na pewno spontanicznie rzuci jakąś wcześniej zasłyszaną rzecz.
Przy wymyślaniu prezentów ważne jest by nie zrażać się nawet tymi pomysłami, które są nierealne albo nie na naszą kieszeń. Nawet dzięki nim można wpaść na coś pokrewnego, co się przyda, albo po prostu spowoduje uśmiech na twarzy.:)
Na przyszłość jednak proponuję zapisywać pomysły jak tylko je usłyszymy, nawet w środku roku. Wtedy mamy problem z głowy, gdy nadaży się okazja. Dobrym pomysłem jest też sporządzanie "chciejlisty" jak to ujęła Paula. W końcu, w dzieciństwie, takie Mikołajowe listy były ekscytujące, dlaczego nie miały by być i teraz?:)

sobota, 14 grudnia 2013

Tydzień 34/5.


Klik - link do mojego profilu na Instagramie gdzie znajduje się filmik z wiercącą J.

1. B. pierwszy raz założył mi skarpetki. Jak zobaczył moje męczarnie to się chłopak zlitował:)
2. Okazało się, że źle liczę i wprowadzam w błąd siebie i innych. Ten tydzień był wg lekarki numerem 35. Nie wiedziałam że 34+n liczy się już jako 35, chociaż oczywiście odliczając do planowanej daty coś mi nie grało, no ale zawsze zapominałam zapytać :P Także w momencie wstawiania tego wpisu oficjalnie jestem w trzydziestym szóstym tygodniu:). Jeszcze max 4!
3. Waga mówi, że w tym tygodniu nie przytyłam ani kilograma, ewentualnie parę gram. Czy to prawda, okaże się na kontroli:) Jak dotąd biedaczka nie pokazała jeszcze poprawnej liczby chyba nigdy:P.
4. Zarówno moja kuzynka jak i blogowa znajoma, niedawno urodziły. W tym roku jest jakieś zatrzęsienie ciężarnych wśród znajomych, a, że ja jestem ostatnia praktycznie na liście, tym bardziej nie mogę się doczekać, a dni wydają się dłużyć i dłużyć.
5. Bardzo pilnuję odpowiedniej ilości wody i będę się tym ciągle chwalić:) Idzie mi półtorej do dwóch butelek wody dziennie, a KP jest świadkiem:).
6.Nogi jak puchły tak puchną. Wyglądają jak serdelki i wcale nie pomaga im jak podniosę do góry na chwilę.
7. Czuję się nierozumiana w ciąży. Zdanie "ciąża to nie choroba" albo "nie jesteś jedyna, która jest w ciąży" powoduje u mnie natychmiastową chęć mordu. Wybaczcie moje rozżalenie, no ale... Ciąża to naturalny stan, okej. W którym boli krzyż, ciężko się chodzi, a głowa lata ze zmęczenia, oczy się kleją, nawet po śniadaniu. Faktycznie, w końcu całe swoje życie to była dla mnie normalka. Chodźmy porobić salta, bo przecież drzemka to przestępstwo, a chodzenie jak pingwin albo kuśtykanie, to użalanie się nad sobą. Podobno powinno się cieszyć tym czasem, odpoczywać i korzystać póki w ogóle da się jeszcze spać. Powoduje to we mnie niechęć do jakichkolwiek ciąż więcej(także wybij to sobie z głowy B.!)i modlenie się bym urodziła na przykład za dwa tygodnie. Albo zaraz.
8. Zaczęłam się poważnie zastanawiać i przygotowywać rzeczy do szpitala. Skoro niby mogę urodzić w każdej chwili, to lepiej być przygotowanym. Tylko jeszcze nie bardzo jest się w co spakować.
9. Wobec powyższego, zakupiłam już paczkę pieluszek i zauważyłam, że nie posiadam rękawiczek dla malucha, co by uniknąć zadrapań. Już sobie ją wyobrażam ze skarpetkami na łapkach.
10. Zameldowaliśmy się też do szpitala. No, prawie. Prawie, ponieważ termin spotkania w szpitalu w celu dopełnienia formalności mamy na dziewiątego stycznia. Na szczęście, w razie jakbym zaczęła rodzić, powiedzieli, że spokojnie mogę do nich uderzać.

piątek, 13 grudnia 2013

Inspiracje - Foodporn.

Z racji, że każdy wie, jak ważne jest zdrowe odżywianie, a nie każdy jednak się stosuje (jestem tego najlepszym dowodem), przedstawiam inspiracje jedzeniowe czyli tak zwany foodporn - coś, na widok czego ślinka nam mimowolnie leci, nawet, jeśli jest nieznośnie wręcz zdrowe (dla ludzi pokroju mojego męża to nie zaleta:P) lub zawiera w sobie składnik, od którego zazwyczaj stronimy (no nie wiem, szpinak, maybe?).


Z jedzeniem jest jak z butami, ciuchami czy perfumami. Jeśli zobaczycie piękny model/zapach, czujecie się w nim jak milion dolarów, tak samo jeśli talerz czy miska wraz z zawartością wyglądają fajnie, posiłek jest niczym z drogiej restauracji albo przytulnej knajpki. Poprawiony humor i dopieszczone zmysły gratis:).

Morał jest taki, że warto przykładać wagę do tego, co mamy na talerzu, ale też jak wygląda to co się na nim znajduje. Zaręczam, że z ładnym posiłkiem, o wiele łatwiej wytrwać w jakimkolwiek jedzeniowym postanowieniu - sprawdziłam:).






 Smacznego:)


poniedziałek, 9 grudnia 2013

Tydzień 33.

1. Dostałam w żebra - nareszcie!
2. Jak również opierdziel za picie niewystarczającej ilości wody. Możecie nazwać mnie wyrodną matką, ale jeśli nie mieliście dobrych nawyków przed ciążą, ciężko jest nadrobić to wszystko.
3. Nasza "Kruszynka" zwolniła trochę tempo wzrostu, ale waży dwa i pół kilo.
4. Biorąc pod uwagę częstość występowania zgagi, gęstość włosów odziedziczy po mnie:)
5. Nieuchronna liczba nadeszła.
6. Syndrom wicia gniazda się załączył, czyli remanent w szafkach, dekoracjach i w ogóle wszelkie procesy by było u nas bardziej domowo:).
7. Pępek oficjalnie wylazł.
8. Golenie nóg wymaga coraz więcej zachodu.
9. Nie wiadomo czy to przez ciążę czy przez tarczycę, ale mam na zmianę jeden dzień energii przeplatany z dniem, w którym jestem niczym miś zapadający w zimowy sen.
10. Zaliczyłam kilka spacerów, dysząc jak pies i wyglądając jak buka, ale można odhaczyć:).


niedziela, 8 grudnia 2013

Krysmas is coming!

Chociaż od kilku ładnych lat byłam raczej Grinch'em Świąt Bożego Narodzenia, tak w tym roku, totalnie mi odwaliło i odliczanie do Wigilii zaczęłam już na początku listopada. Z kilku powodów, ale przede wszystkim dlatego, że są to Nasze pierwsze święta jako rodzina i poczuwam się do obowiązku tworzenia tradycji :).

Na pierniczki czaiłam się od dawna. Przyznam, że byłam przekonana, że wyjdą mi cudowne, a w ogóle to to jest prosta sprawa i jak już przebrnę przez pieczenie to ozdabianie będzie bułką z masłem. Szczerze? Chyba wolałabym jeszcze trochę popiec. Okazało się, że gigantyczne, jak mi się wydawało, zakupy lukrowo-posypkowe, to była kropla w morzu potrzeb wyobraźni i z takim niewielkim arsenałem zwyczajnie nie wiedziałam co robić. Było by oczywiście łatwiej i na pewno przyjemniej, gdyby B. zdecydował się dotrzymać słowa i mi pomóc, ale cóż, mężczyznom nie można ufać, nawet, a zwłaszcza mężom. Foch i psie oczy w stylu "ranisz mi serce" dostał chłopak gratis. A co, jestem w ciąży? Jestem. Hormony szaleją? Szaleją. To jasne, że ze mną się nie zadziera, spiera i w ogóle.  Tak strasznie się cieszyłam i tak mocno mi zależało, że prawie się rozpłakałam. Serio, chyba nawet mój własny ślub nie był dla mnie tak ważny jak te święta, więc bardzo dobrze, że pierniczki były ostatnie na liście, bo zapał momentalnie mi zgasł.





Dwa dni wcześniej postanowiłam zrobić użytek z zakupionego kiedyś tam śniegu w spray'u i srebrnej farby. Co prawda przy kasie nie wiedziałam jeszcze do czego chcę je użyć, ale byłam pewna, że moja kreatywność wkrótce się do mnie odezwie.
Tak też się stało, stąd, a właściwie znowu z Design Your Life, powstał pomysł na obrazek z głową renifera. Niestety nie przewidziałam, że śnieg wypadnie aż tak blado na tle srebra, ale w gruncie rzeczy nie wyszło aż tak tragicznie, nawet mimo Kociałkowego tornada i śladów po futrzastych łapach. Bardziej martwią mnie słowa mojego taty, który to twierdzi, że to jeleń nie renifer. No, ale, nikt nie jest idealny, rogacz widocznie też nie.
Miałam w planach zrobić świeczniki ze słoików, ale jakoś tak nie mogłam się do nich zabrać, ze względu na posiadany rozmiar, który w moim mniemaniu wyglądał by kiczowato, aż tu przypadkiem odkryłam, że mam nieużywane, kurzące się od kilku miesiący szklanki. Oto efekt tego połaczenia, posiadam jeszcze pięć takich cudeniek, a, że są z ciemnego szkła, pojęcia nie macie jaki świetny efekt dają po zapaleniu, żadne zdjęcie tego nie odda.


Na liście mam jeszcze zrobienie takich oto pomarańczy, a w tym tygodniu wybrać się zamierzam już po choinkę, pierwszą od kilku lat, żywą, stąd, być może, znowu się pochwalę. W końcu prezenty porobione, został tylko jeden, a jeśli chodzi o świąteczne zakupy to wzbraniam się jak mogę wymawiając rozmiarami i ociężałością, proponując nawet łapówki by tylko nie iść, gdyż nienawidzę tłumów w sklepach bardziej niż kolejek do kas czy Krzysztofa Krawczyka.



żródło: Zszywka


Keep calm 
and 




HO HO HO ON!:)

sobota, 7 grudnia 2013

Sobota, dzień kota.

Chciałabym poświęcić tą notkę, pewnemu futrzastemu, który skradł moje serce.
Uwielbiam moje Kotałki. Wychowałam go na maminsynka, a co za tym idzie, niezłego drania. Zawsze wie jak mnie podejść, a ja zazwyczaj przegrywam walkę z jego wiecznie dziecinnymi ślepiami i cieniutkim "miau".


Jestem w stanie rozpoznać jego humor (co w sumie chyba nie jest jakieś odkrywcze i szczególnie trudne), właśnie po wydawanych odgłosach, stąd wyróżniam:
- Głośne, przeciągłe, niemal rozdrażnione "Miaaaaauuuuuułłł!" kiedy jest na mnie wyjątkowo zły
- Głośne, krótkie, ale w odstępach sekundowych "Miau. miau.miau." jakby chciał powiedzieć "daj. daj. daj."
- Cichutkie i skromniutkie "miał" albo "mrr" kiedy coś by chciał, albo na psa naskarżyć, ale uraczy się też przytuleniem i podrapaniem za uszkiem.

Kociałek, chociaż może być to dla wielu zaskoczeniem, zna kilka sztuczek.
- Wie, na przykład, że, gdy w nocy otwieram szerzej drzwi od pokoju, musi wyjść, bo wydzierał się za bardzo.
- Wie, że położenie się na mojej połowie łóżka kiedy jestem na niego zła, sprawia, że zaraz mi przechodzi.


W kilku rzeczach jednak notorycznie się spieramy:
- Zdecydowanie polemizuje z B. odnośnie dzielenia się parówkami. Zwierzę zdecydowanie i natarczywie jest za przekonaniem męża do uszczknięcia kawałeczka. Co ciekawe, w przypadku innych smakołyków, potrafi dać za wygraną.
- Nie przyjmuje do wiadomości, że kosz pod wózkiem to nie jest miejsce dla niego. Daje się z niego wyciągnąć tylko przy niemal stu osiemdziesięciu stopniowym wywróceniu pojazdu i w przeciągu dziesięciu sekund, w geście sprzeciwu wraca na swoje miejsce.
- Lodówka to nie telewizor. Otwarcie jej nie oznacza seansu, w którym do woli można się przyglądać półkom i to, że nic sobie nie robi z delikatnego "szturchania" go drzwiami(żeby się przesunął - inaczej nie da się zamknąć)tego nie zmieni.


Nasze wspólne życie jest pełne wrażeń, nigdy nie byłam kociarą, a teraz nie wyobrażam sobie dnia bez niego. I mimo, że najbardziej narzeka i złości się na niego B., za spanie na jego ciuchach, rzekome skakanie po samochodzie i głośne domaganie się jedzenia, to wiem, że i on uważa go za członka naszej małej rodziny :).

wtorek, 3 grudnia 2013

Tydzień 32.

1. Zauważyłam, że mogę zmieścić coraz mniejsze porcje. Mój apetyt się jednak ze mną nie zgadza i zjadam wielki talerz obiadu nawet jeśli zajmuje mi to godzinę.
2. Zaczynam coraz poważniej rozglądać się za rzeczami, które mogę spakować do torby do szpitala i okazuje się, że dalej jest mnóstwo rzeczy na liście "do kupienia".
3. Na szczęście, jeśli chodzi o dziecięcą wyprawkę, został nam dziecięcy śpiworek, sterylizator i jakiś otulak. Całą resztę możemy zakupić potem:).
4. Moja Maleńka lubi widocznie kopać tych, którzy przykładają głowę do brzucha. Pierwszy był B., jakiś czas temu, w tym tygodniu KP oberwała w ucho. Coś czuję, że niezłe ziółko tu się kroi. Po tacie na pewno ;).
5. Przyszła również paczka od kuzynki Juju. Jak się okazało trzeba przeorganizować szafę, nie będzie przesady, jeśli powiem, że ciuszków jest tak co najmniej 4 razy więcej. Ba, na pewno więcej.
6. Stąd też, pomyślałam, że to dobry czas by ogarnąć się za pranie, naturalnie, w delikatnym proszku. Miałam to zrobić jakoś za dwa tygodnie, ale sytuacja szafowa mnie zmusza, poza tym już chyba każdy przyjął za pewnik, że do Sylwestra Mała będzie z nami. Swoją drogą, ciekawego psikusa nam zrobi, jak wytrzyma do połowy stycznia:P.
7. Moje poranki wyglądają tak, że jeśli się już obudzę, to pierwsze co robię, wyskakuję z łóżka do łazienki, a potem czym prędzej do lodówki, bo okazuje się, że w brzuchu buuuurczy strasznie i muszę koniecznie zjeść szybko jakiś jogurt, żeby potem, za godzinkę, spokojnie pomyśleć o śniadaniu.
8. O ile dalej śpię długo, o tyle nie jestem w stanie w nocy zasnąć, bo ni jak nie idzie się tym cielskiem ułożyć, co bardzo frustruje jeśli człowiek jest mocno zmęczony (a zazwyczaj jest). Często kończę walkę z łóżkiem gapiąc się ze złością w sufit, albo patrzę na śpiącego B., co z kolei sprowadza się do różnych dziwnych przemyśleń. ;)
9. Z racji, że patrzenie pod nogi jest w moim przypadku od jakiegoś czasu niewykonalne, potykam się i depczę co się da. Nawet duże psy i tłuste koty. Mąż zamierza zrobić mi psikus i tego ostatniego podstawić jak będę siadała. Dowcipniś.
10. A tak wygląda pedicure kobiety w ósmym miesiącu ciąży, kiedy mąż nie chce pomóc, a jej wstyd prosić kogoś innego: