piątek, 20 czerwca 2014

5.

Za każdym razem obiecuję sobie, że pomiędzy notkami o mojej córce znajdzie się na tym blogu kilka innych notek. Wygląda jednak na to, że tylko w stosunku do czegoś co jest z nią związane potrafię
być systematyczna. Może połączę z nią jakoś moje złe nawyki żywieniowe, żeby systematycznie ich nie popełniać? Tak czy siak, kolejna notka siedzi, co oznacza nic innego jak kolejny miesiąc naszego wspólnego życia za pasem i, mam nadzieję, kilkaset takich miesięcy przed nami. Zwłaszcza, że wiele się działo, a J. skoczyła w rozwoju niczym australijski kangur:).





Je coraz więcej.
Może bardziej by tu pasowało, stwierdzenie, że do jej Menu wdarła się większa różnorodność. Przez ostatnie dni pozwoliłyśmy sobie nawet na mięso! Z kolei, jeśli chodzi o ilość, to już różnie. Jeśli ma dzień, zjada prawie cały 190gramowy słoiczek, natomiast jeśli jest tak jak dzisiaj, pluje każdą łyżką :).

Siedzi.
Stąd ta wzmianka o kangurze. Sama. No, prawie. Ogólnie, to giba się jeszcze na boki, ale bez pomocy wytrzymuje coraz dłużej. Zdziwieni? Ja też, i to bardzo! Za radą wszystkich dostępnych mi informacji o rozwoju dziecka, absolutnie nie pomagałam jej w tym, to znaczy nie ciągnęłam, broń boże, za rączki, ani tym podobne. Jedyne co, to trzymałam przed nią wyciągnięte ręce, a kiedy za nie złapała, trzymałam je dalej sztywno, a ona dzięki nim sama się podciągnęła.

Rechocze.
Dalej ciężko jest w temacie rozśmieszania, mam jednak na nią parę trików. "Rak Nieborak" zdaje egzamin pod warunkiem, że jest w odpowiednim tempie, zauważyłam, że wcześniej robiłam to odrobinę za wolno stawiając, błędnie, na element oczekiwania.



Gaworzy.
A raczej biadoli i piszczy. Udaje mi się już wychwycić jakieś "mama" od czasu do czasu, i, chociaż wiem, że wypowiadane są bez jakiegoś znaczenia, to i tak serce za każdym razem się raduje.

Pełza.
Potrafi przemieścić się o jakieś dziesięć centymetrów, po czym płacze ze złości, że dalej nie dosięga zabawki, więc jej ją podaje albo biorę na ręce. Za chwilę jednak znowu jest to samo. Właściwie to laska już nieźle sobie nas szkoli :).

Ponadto, mieliśmy też pierwszą, własną chorobę. A właściwie, mamy ją dalej. Zatkany nosek jest na tyle zdradziecki, że domyśleć się idzie jedynie po chrapaniu w nocy. Stąd zareagowałam z kilku dniowym opóźnieniem, nie będąc pewna czy to coś poważnego, dopóki nie zobaczyłam wielkiego, wystającego gila.  Za radą kuzynki wychodziłam z nią zupełnie normalnie na dwór, co zaowocowało gorączką, kaszlem i ochrypnięciem. Wbrew komentarzom, postanowiłam więc trzymać ją w domu, jako, że temperatura między dwoma miejscami dość sporo się różni, a nawet lekki wiatr na oślinioną szyjkę dziecka może spowodować masakrę. Kaszel ustał, katar został, co doprowadza mnie do furii, biorąc pod uwagę fakt, że u lekarza byliśmy już dwukrotnie.




Raduje mi się serce jak patrzę ilu ludzi darzy J. sympatią, bądź wręcz uwielbieniem:). Sprawia, że każdy się uśmiecha, a wszystkie spory czy antypatie odchodzą chwilowo na dalszy plan, gdy tylko jest w pobliżu. Kąciki ust momentalnie idą mi do góry jak widzę jej wujka, kiedyś zestresowanego samą myślą o trzymaniu dziecka, teraz z ochotą biorącego ją na ręce. Albo jaką radość sprawia jej taniec z ciocią. Jak cieszy się na sam widok taty, a gdy on trzyma ją na rękach i przechadza się po domu pokazując odbicie, czy poszczególne rzeczy, wyglądają jakby mieli już swoje własne tajemnice, świat. Może to moja wyobraźnia dodaje tyle emocji tym widokom, może dla kogoś obok, nie ma w tym tyle uczuć.
Dla mnie jednak, to właśnie jest miłość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz