środa, 25 czerwca 2014

Skarpetki Peelingujące.

 


Same skarpetki zakupiłam już jakiś miesiąc temu, z zamiarem wypróbowania ich na sobie i na moim mężu. Niestety ten wyłamał się, gdy tylko zobaczył, że to nie są żadne milusie, wełniane z niewidzialną tarką w środku, jak początkowo chyba myślał. Muszę przyznać, że zanim jeszcze zobaczyłam co i jak, a same skarpetki gdzieś tam obijały mi się o uszy, wyobrażenie miałam podobne. No, bo, odrzucając to co już wiecie o tych cudach, co pierwsze, luźno przychodzi Wam do głowy, gdy słyszycie "peelingujące skarpetki"?








O skarpetkach dowiedziałam się dzięki nissiax83, która swoje doświadczenia z nimi opisała dokładniej na blogu. Normalnie nie robię i nigdy nie robiłam recenzji, ale produkt dopiero wkrada się w łaski polskich konsumentek, więc pomyślałam, że dla każdego kto nie jest jeszcze przekonany czy powinien się na nie skusić, opinia kolejnej osoby może się przydać.

Jedno jest pewne. To nie są żadne wełniane, milusie z tarką w środku. Szczerze mówiąc, przypominają bardziej obuwie szpitalne. Zakłada je się na pozbawione manikiuru, niczym nie skaleczone stopy, trzyma 90-120 minut, a w przeciągu tygodnia, gubimy tą wstrętną, popękaną skórę niczym wąż i zostają nam śliczne, gładziutkie nóżki. Kupiłam dwie pary, jak zapewniał sprzedający na ebay, w rozmiarze damskim i męskim, te drugie, naturalnie, euro droższe. Jeśli ktoś planuje dać się na to nabrać, to pierwsza  naiwna właśnie Wam mówi, że są to absolutnie takie same pary. Dobra w mierzeniu na oko nie jestem, ale jeśli facet ma rozmiar czterdzieści sześć, całkiem prawdopodobne, że mogą być za małe.



Na szczęście, ja stóp męskich nie posiadam, więc tydzień temu przystąpiłam do zabiegu. Nie wiem dlaczego, wyobrażałam sobie, że owa mikstura ukryta w skarpetkach będzie bezzapachowa. No cóż, nie jest. Moja pierwsza myśl "zatkać nos, zatkać nos!" była ciut przesadzona, zapach kojarzy mi się z cytrynówką zmieszaną ze zmywaczem do paznokci, chociaż był bardzo mocno intensywny, po "zamknięciu" skarpet na stopie specjalnymi (zupełnie nic nie wartymi) kawałkami taśmy klejącej, momentalnie znikał. Tak dla pewności, trzymałam tą dłuższą chwilę, wciąż sceptyczna czy na mnie to na pewno podziała.

Efekt? Na trzeci dzień zauważyłam jakieś pęknięcia gdzieś w okolicach małych palców, jednak pomyślałam, że to raczej słabo i pewnie nic z tego nie będzie. Jakież było moje zdziwienie kiedy dzień później szykując się pod prysznic ujrzałam wielkie płaty odchodzącej skóry! Naraz zeszła mi prawie cała pięta, a przysięgam, po dziewięciu miesiącach rosnącego ciężaru i zapomnienia jak wygląda moja dolna połowa(co dopiero do niej dosięgnąć), byłam przekonana, że łomem się nie dobiję do tego pięknego, różowiutkiego naskórka, tak gładziutkiego, że moje letnie sandały zaczęły pukać z szafy z nieśmiałym "wejdź we mnie".

źródło: google


Fakt, zanim pozbyłam się całej, starej skorupy, minęły jakieś trzy dni, a w międzyczasie widok nie był na tyle przyjemny by go udostepniać publice, niemniej, było warto, bez żadnego wysiłku, nie licząc siedzenia przez dwie godziny możliwie w jednym miejscu, zyskałam stopy jakbym dopiero co opuściłą kosmetyczkę. Biorąc pod uwagę, że para kosztowała mnie osiem euro, wyszłam na tym duuużo lepiej :).


3 komentarze:

  1. Ciekawe! też zaopatrzę się w takie cudo i zrobie na sobie:)

    OdpowiedzUsuń
  2. O, spoko że wrzuciłaś recenzję, bo i tak bym Cię wypytała :D kuszą mnie te skarpetki, chociaż nie mam jakichś większych problemów Samo zdzieranie skóry płatami na mnie działa, bo lubię takie skubanki :D może kupię po sezonie letnim, bo wtedy mam największe problemy ze stopami

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z nimi tyle czasu nic nie robiłam i podziałały śpiewająco!:) Szczerze, nigdy wcześniej nie jarałam się tak pedikiurem:P Teraz muszę tylko B namówić, albo założyć podczas snu:P

      Usuń