piątek, 27 czerwca 2014

Winna.



Ostatnie dni mijają mi jakbym spędziła je chodząc z wielką kulą na głowie wypełnioną wodą. Nie wspominając o nadmiernym ziewaniu i nieustannym psikaniu sobie wodą termalną w twarz by otworzyć chociaż odrobinę oczy. Nie jestem jednak osobą, która chętnie przyznaje się do błędów, więc zwaliłam wszystko na złą dietę i brak odpowiedniego nawodnienia. Wiecie, bo to przecież wina lodówki, że mnie źle karmi.




A teraz na poważnie. Wiem, że to moja wina. Chociaż na usta ciśnie się milion wymówek, wiecie, stres brak czasu, stres, mało snu, stres, bałagan, stres, to jednak na każdą z nich mam wpływ. Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie jestem jedyna w tym tłumaczącym się światku, każdy miał ten grzeszek na sumieniu. Kiedy nie musiałam się martwić ani o ciąże, ani o zawartość swoich piersi, tak miło było nareszcie się nie przejmować, wypić lampkę wina, puszkę coli, albo zjeść pastę z gorgonzolą, czy pyszną, gorzką czekoladę z chili. Każdemu należy się odrobina zapomnienia, ale czasami przekraczamy granicę o raz za dużo. Albo o sznycla w sosie serowym i kebaba z frytkami.
Piątego w tym miesiącu.


Tu już nawet nie chodzi o figurę, chociaż nie powiem, żeby fast foody nie miały na nią wpływu(też mi odkrycie!). Tu chodzi o zdrowie, o samopoczucie, a także o nasz sukces. Mnóstwo ludzi mnie może teraz wyśmiać, a ja nie powiem nic odkrywczego, za to często zapominanego. To co zjemy w danej chwili, na szybko, bezmyślnie, odbija się na całym naszym dniu. Łatwo jest kupić hamburgera po drodze, ale, znowu nic odkrywczego, jesteś tym co jesz. Ciężkie potrawy, sprawiają, że my czujemy się ciężko, a w takim stanie zdecydowanie mamy mniej chęci do działania, najprostszego nawet. Często ogarnia mnie śpiączka, kiedy za bardzo przesadzę ze słodyczami. Nie minie nawet pół godziny, a moje oczy ledwo się otwierają. J. domaga się uwagi, a ja próbuję wydobyć z siebie w pół śpiący uśmiech. Ostatnio nie miałam ochoty, siły i energii na nic, wręcz zapomniałam o sobie tak, jak zapomina się o czymś co leży na dnie szafy czy głęboko w szufladzie.


Więc czas zacząć pić wodę, słuchać muzyki(chyba nie tylko mi ona poprawia humor?)wziąć się za siebie, bo chociaż sen to zdrowie, to chodzenie nieprzytomnym już nie, na czym cierpi i skóra. Wyjść na spacer, przypomnieć sobie wszystkie niegdyś lubiane rzeczy, których tak dawno się nie robiło i wykopać się spod codzienności, obowiązków i problemów.
Nieustannie motywuje mnie KP, widzę w niej drugą Osobę, O Której Nie Chcę Mówić, ale która dużo osiągnęła względem siebie, nie licząc charakteru. KP nad charakterem jednak nie musi pracować, a dzisiejszy uśmiech na jej twarzy i szampański humor wzbudził mój podziw i zazdrość. Świetnie jest obracać się wokół ludzi, którzy cię inspirują. Pomagają odnaleźć siebie. A ja powoli zaczynam się czuć sobą. Nawet zrobiłam manikiur, już drugi w tym tygodniu:)

2 komentarze:

  1. Bardzo mi się spodobało ostatnio porównanie jedzenia do paliwa w samochodzie - jak nalejesz marnego paliwa do baku, to samochód będzie ledwo jechał. To, co w siebie ładujemy ma krótkofalowy (energia, też mnie ten niedobór męczy czasem) i długofalowy (figura) skutek. Masz rację, trzeba się wziąć za siebie! Ile masz racji w otaczaniu się właściwymi ludźmi... Zmienić tych demotywujących na motywujących i od razu chce się żyć :D
    P.S. E! Fajnie wyglądają zdjęcia w takich kolumnach!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takiego porównania użyła Cameron w swojej książce, też mi bardzo przypadło do gustu :).

      Usuń