poniedziałek, 21 lipca 2014

6.

Od wczoraj*, J. oficjalnie ma sześć miesięcy za pasem. Ponieważ przedwczoraj były urodziny mojego męża, świętowaliśmy podwójnie :). Jeśli chodzi o jej rozwój, ten miesiąc był dość leniwy, nie
zdarzyło się nic takiego "wow", mieliśmy za to kilka swoich pierwszych razów tych fajnych i tych mniej fajnych.
Jedno jest pewne, na nudę nie mogliśmy narzekać:).




*właściwie to przedwczoraj - znowu jest na bakier czasowo, musicie wybaczyć:)


Pierwsza kąpiel.
W zeszłym tygodniu byliśmy pierwszy raz na odkrytym basenie. Początkowo martwiłam się przeziębieniem i wodą, która nawet w brodziku sprawiała wrażenie lodowatej. Jednak J., przerażona na początku szybko zaznajomiła się z otoczeniem i chlapała się z radością. Dzisiaj byliśmy również na termach, ileż to dla niej frajdy! W dodatku majteczki kąpielowe w kropki dodawały jej jedynie uroku.

Pierwszy upadek.
Zdarzył nam się jakiś tydzień temu. Biedaczka spadła nam z łóżka. Na szczęście nic się nie stało, nie było nawet siniaka, za to dowiedzieliśmy się co robić w takich sytuacjach. Dla mam, które mają ten pierwszy raz przed sobą, na pewno przyda się rada, by w takiej chwili za wszelką cenę zachować spokój, i sprawdzić reakcję źrenic na światło. Jeśli pociecha wygląda na zdrową i za jakiś czas uśmiecha się i bawi jak nigdy nic, można się zdecydować by zaczekać z wizytą u lekarza, a w tym czasie obserwować, czy dziecko wymiotuje lub ma jakieś podejrzane wycieki np. z uszu lub nosa.

Pierwsze przysmaki.
Morele! O matko, kiedy J. widzi morele zaczyna podskakiwać, nie żartuję. Za pierwszym razem nie doceniłam jej zdolności, dając jej połówkę do łapki, by zaraz potem siłować się z nią gdy swoimi pięknymi dziąsełkami odgryzła spory kawał i walczyła ze mną, bym jej go nie wyjęła z buzi :).





Ząbkowanie.
Naprawdę liczyłam, że pisząc tą notkę będę mogła się pochwalić jakimś białym wystającym kiełkiem. Niestety. Ząbkowanie przechodzimy marudnie, śpiąc po kilka godzin i płacząc nagle jakby poraził prąd, sama nie wiem kto przechodzi ten okres gorzej, matka czy dziecko, pomijając oczywiście fizyczne dolegliwości związane z powyższym.  Dziąsła to są przez kilka dni zapuchnięte, płacz lament i zgrzytanie zębami, to kilka dni spokój. Niemniej, wyglądają jakby już coś miało się dziać na dniach, mam jednak nadzieję, że będzie to jak najszybciej.

Odbijanie się nóżkami.
 Czyli przechodzimy fazę żaby. Zamontowaliśmy już nawet w drzwiach takie szelki (poprawna nazwa to chyba "skoczek", ale nie jestem pewna), niestety, Młoda nie dosięga jeszcze giczołkami do ziemi, ale gdy tylko ma okazje, np kiedy ją trzymam w powietrzu(ale tak, żeby dotykała nóg), przebiera nimi, jak sprinter. Nie mogę się doczekać, kiedy zacznie faktycznie ich używać, choć przyznam, że napawa mnie to pewnymi obawami i już nie patrzę z takim zaskoczeniem na maluchy na "smyczy":).

Awersja do pustych pomieszczeń:P.
Nasz dom jest duży, przez co i pełen ludzi. Często wpada Ł, albo KP, często też biorą ją do siebie, by trochę się powygłupiać i/lub, żebym mogła w spokoju odkurzyć ;). Stąd, jest naprawdę niewiele momentów, w których J.  jest sama. I chociaż nie ma problemu by posiedziała pół godzinki na macie zajmując sobą, to musi być spełniony jeden warunek, mianowicie, ktoś musi być w pokoju. Nie, żebym zostawiała małe dziecko same sobie, ale gdy tylko wyjdę do drugiego pokoju, choćby po zostawioną zabawkę, włącza się syrena alarmowa. Trochę mnie to martwi, ale mam nadzieję, że z wiekiem nauczy się, że mama za chwilkę wróci:).

Miłość do zwierząt.
Co prawda Kociałek dalej traktuje moją córkę, albo z chłodną obojętnością, albo z panicznym strachem, trzeba przyznać, że kiedy jest kot jest w pobliżu, ona nie odrywa od niego wzroku. To samo dzieje się w przypadku Huntera, ten jak widać poniżej, jest jednak bardziej chętny na nową znajomość, w dodatku jest też wyrozumiały: dzielnie znosił miętolenie jego sierści i uszu, by w końcu po prostu odsunąć głowę. Wspaniały kompan dla J.!





Chciałabym zakończyć ten post jakoś inaczej, ale nie umiem wymyślić nic, co by nie zamieniało czytających w króliczki Lindta, albo przyprawiało o cukrzycę. No, ale w końcu tyle miłości się tu dzieje, tyle miłości, ludzie! To jakby być ptakiem bez skrzydeł i nagle je dostać, na zakończenie dam więc jedno małe zdanie. Co tu dużo mówić, rośniemy!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz